Minął tydzień. A ja czuję, że opadam już z sił i mój koniec jest bliski. Powoli zostawałam z niczym, a moje aspiracje i potrzeby przesłaniała nienawiść do jednego chłopaka z blizną. Na początku (teraz już sama nie wiem czemu) broniłam się przed tym i stawiałam opór, w chwili obecnej jest mi kompletnie wszystko jedno. Nazywam się Hermiona Granger. Jestem szlamą. Uczęszczałam do szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, lecz w chwili obecnej wystąpiły pewne komplikacje. Otóż chłopak, którego nazywają Wybrańcem - Harry Potter zabił moich rodziców. Zostałam sama. Jednak odnalazł mnie potężny czarodziej - Voldemort i przygarnął. Razem kierowani nienawiścią dążymy do unicestwienia chłopaka, który pozbawił życia moich rodziców. Widziałam nawet ich ciało. Strasznie zmasakrowane. Choć zdarzają mi się jeszcze różne przebłyski w pamięci - to teraz nie umiem ich sklasyfikować do zadnej szuflady w moim życiu. Mam wrażenie, że widzę wspomnienia obcej osoby. To irytujące czasami, ale ogólnie zobojętniałam na tego typu niespodzianki. W większości jeśli się pojawiają urozmaicają moje chwilowo bardzo nudne życie. -Panno Granger! Podnoszę wzrok na faceta o wyjątkowo obrzydzającym uśmiechu z krzywymi i brudnymi zębami, który jak zawsze przychodzi do mnie do lochów i zabiera na godzinną męczarnię. Patrzę na niego lekko mglistym wzrokiem i powoli podnoszę się z posadzki. Teraz będzie najciekawszy punkt w moim dniu. Mężczyzna o zimnym, zlodowaciałym spojrzeniu będzie "grzebał" mi w głowie i urozmaicał moje wspomnienia. Tak to nazywa. W sumie dość inspirujące doświadczenie. Zastanawiam się tylko, kiedy mnie wypuści. Bo wiecie, ja mam przecież swoje sprawy na głowie, a on mi zabiera mój cenny czas. Chcę dokonać zemsty. Ale Czarny Pan wmawia mi, że jeszcze nie jestem gotowa. Wlokę nogę za nogą i idę. W końcu docieramy do salonu. Na fotelu ze skóry przy pięknym, robiącym wrażenie kominku siedzi mężczyzna, który prześladuje mnie od 7 dni. Uśmiecham się szeroko. Naprawdę cieszę się na myśl o tym, że dziś dostanę kolejną dawkę wspomnień. Stoję naprzeciw tego biednego człowieka, który tak naprawdę rozkazuje bandzie przestraszonych śmierciożerców, którzy słuchają go wyłącznie z obawy o swoje życie. Patrzę na nich pogardliwie. Uwagę moją zwraca, jednak mężczyzna, którego kompletnie nie mogę rozgryźć. Ma czarne włosy do ramion, przeważnie (przynajmniej w moim odbiorze) są one tłuste. Ma ciemne niczym noc oczy i zawsze świdruje mnie swoim wzrokiem.
-Granger.
Klaszcze w dłonie niczym małe dziecko i uśmiecha się do mnie, ukazując rząd nierównych, pożółkłych zębów. Choć uśmiech gości na jego twarzy jest on zimny.
-Tom...
Odpowiadam na powitanie bez cienia lęku i staję przed nim z dumnie wypiętą piersią. On wyciąga swoją rękę, a chwilę później mój umysł zalewają wspomnienia. Widzę dwójkę ludzi, którzy prześladują moje myśli odkąd tu się pojawiłam. Widzę siebie biegnącą ku nim i wtedy, nagle, bez ostrzeżenia pojawia się znikąd on. Chłopak, którego darzę ogromną nienawiścią. Jego czarne włosy powiewają w nieładzie. Wyciąga w mgnieniu oka różdżkę, by chwilę później snop zielonego światła przeciął dzielący nas dystans. Później kolejny. Stoję tam bezradna nie mogąc poruszyć żadną z kończyn. Sparaliżowana. Chwilę później znów stoję w sali. Naprzeciw niego. Przeraźliwie samotnego człowieka w tym domu. Najbardziej samotnego człowieka na całym świecie. Uśmiecham się pogardliwie i cichym aczkolwiek stanowczym głosem mówię.
-Jestem gotowa Tom.
I wtedy nagle ciszę zakłócają kroki ludzi. Wchodzą tu nieproszeni, a ja zaciskam usta w wąską linię. Znów ktoś nam przeszkadza. Patrzę zimnym, wręcz lodowatym wzrokiem na wchodzących śmierciożerców. Wraz za sobą ciągną chłopaka. Przyglądam się tej scenie z obrzydzeniem. Cóż za kreatury. Monstra. Zbyt słabi, by się przeciwstawić, zbyt samotni by opuścić Lorda Voldemorta. Wybucham perliście niebezpiecznym śmiechem.
-Tom, powiedz im, że nam przeszkadzają!
Tupię niebezpiecznie nogą niczym mała dziewczynka. Wyciągam różdżkę i celuję nią w przybyłych gości. Zgrzytam zębami, a oni wiedzą, że nie powinni ze mną zadzierać. Jestem ulubienicą Czarnego Pana. Postępuję krok naprzód.
-Moja droga, nie tak szybko.
Zatrzymuję się zatem, a mój wzrok przyciąga ów chłopak, którego tu przyprowadzili. Ma blond włosy, jest niezadbany i zdecydowanie patrzy mi prosto w oczy, czym wyprowadza mnie z równowagi. No tak. Zdrajca Malfoy. Chwilę później mój umysł zalewa dziwny obraz. Ja i ten chłopak. Całujemy się. Potrząsam głową i prycham niczym rozjuszona kotka bo po raz pierwszy od tych siedmiu dni, które tu spędziłam czuję zdezroientowanie i niepewność.
-Dracon Malofy. Proszę, proszę.
Głos Lorda Voldemorta przesiąknięty jest takim chłodem, emanuje z niego taka wyższość i złość, że mimowolnie się wzdrygam. Nie chciałabym być na miejscu tego chłopaka. Oj nie chciałabym.
-Jak miło, że w końcu zdecydowałeś się wrócić.
Ciszę przerywa złowieszczy głos. W pomieszczeniu panuje zupełna cisza przerywana szybkim oddechem blondyna. On jednak nadal patrzy na mnie, czym kompletnie wyprowadza mnie z równowagi. Wstrętny Ślizgon. Odwracam ostentacyjnie głowę i patrzę na mojego pana.
-Lucjuszu!
Grzmi głos Lorda Voldemorta, a wywołany osobnik chwilę później wkracza do sali. Jego wzrok prześlizguje się po sylwetce syna, a na jego twarz wypływa czysta nienawiść i obrzydzenie.
-Nasz kochany syn marnotrawny wrócił!
Obserwuję twarze zebranych. Czarny Pan śmieje się niebezpiecznie cicho.
-Witamy w naszych szeregach Draconie. Bardzo mi cię brakowało. Zechcesz mi wytlumaczyć co się stało, że opuściłeś tą bezpieczną przystań? Co się stało, że opuściłeś swojego jedynego pana?
Chłopak przenosi powoli wzrok na Niego i patrzy prosto w te czarne szparki, które świdrują go wzrokiem.
-Granger. Podejdź.
Zdecydowanym krokiem odwracam się od chłopaka i staję przed Czarnym Panem.
-Damy mu nauczkę Granger. Pokażemy, jak traktuje się zdrajcę. Zechcesz rozpocząc przedstawienie?
Zebrani wokół śmierciożercy nadal obdarzają mnie nienawistnymi spojrzeniami. Nie mogą uwierzyć, że ta oto szlama awansowała na takie miejsce. Rozjuszona Bellatrix wychodzi na środek i pada do stóp Czarnego Pana.
-P-panie.. Jak możesz tak ją traktować? Popatrz na lud tu zgromadzony! Czy ta zwykła, brudna szlama, przyjaciółeczka Pottera zasługuje na takie zaszczyty?
-Zamilcz! Zimny głos pełen furii przecina salę. Bellatrix wzdryga się nieznacznie a chwilę później wierzga się po posadzce w konwulsjach. Jest zbyt dumna, by jakikolwiek dźwięk wydobył się z jej gardła. Jej wykrzywiona twarz b b bólem mówi za siebie. Mimo wszystko jestem pełna podziwu. Dostać Cruciatusem od Sami-Wiecie-Kogo i nie krzyczeć to naprawdę niezłe osiągnięcie. Wręcz niemożliwe.
-Czy ktoś jeszcze chce skomentować obecność panny Granger? Czarny Pan wstaje z krzesła i z uniesioną różdżką wpatruje się w zebranych. Wszyscy spuszczają głowy, a ja stoję rozpromieniona.
-Czas więc zacząć przedstawienie.
-Granger.
Klaszcze w dłonie niczym małe dziecko i uśmiecha się do mnie, ukazując rząd nierównych, pożółkłych zębów. Choć uśmiech gości na jego twarzy jest on zimny.
-Tom...
Odpowiadam na powitanie bez cienia lęku i staję przed nim z dumnie wypiętą piersią. On wyciąga swoją rękę, a chwilę później mój umysł zalewają wspomnienia. Widzę dwójkę ludzi, którzy prześladują moje myśli odkąd tu się pojawiłam. Widzę siebie biegnącą ku nim i wtedy, nagle, bez ostrzeżenia pojawia się znikąd on. Chłopak, którego darzę ogromną nienawiścią. Jego czarne włosy powiewają w nieładzie. Wyciąga w mgnieniu oka różdżkę, by chwilę później snop zielonego światła przeciął dzielący nas dystans. Później kolejny. Stoję tam bezradna nie mogąc poruszyć żadną z kończyn. Sparaliżowana. Chwilę później znów stoję w sali. Naprzeciw niego. Przeraźliwie samotnego człowieka w tym domu. Najbardziej samotnego człowieka na całym świecie. Uśmiecham się pogardliwie i cichym aczkolwiek stanowczym głosem mówię.
-Jestem gotowa Tom.
I wtedy nagle ciszę zakłócają kroki ludzi. Wchodzą tu nieproszeni, a ja zaciskam usta w wąską linię. Znów ktoś nam przeszkadza. Patrzę zimnym, wręcz lodowatym wzrokiem na wchodzących śmierciożerców. Wraz za sobą ciągną chłopaka. Przyglądam się tej scenie z obrzydzeniem. Cóż za kreatury. Monstra. Zbyt słabi, by się przeciwstawić, zbyt samotni by opuścić Lorda Voldemorta. Wybucham perliście niebezpiecznym śmiechem.
-Tom, powiedz im, że nam przeszkadzają!
Tupię niebezpiecznie nogą niczym mała dziewczynka. Wyciągam różdżkę i celuję nią w przybyłych gości. Zgrzytam zębami, a oni wiedzą, że nie powinni ze mną zadzierać. Jestem ulubienicą Czarnego Pana. Postępuję krok naprzód.
-Moja droga, nie tak szybko.
Zatrzymuję się zatem, a mój wzrok przyciąga ów chłopak, którego tu przyprowadzili. Ma blond włosy, jest niezadbany i zdecydowanie patrzy mi prosto w oczy, czym wyprowadza mnie z równowagi. No tak. Zdrajca Malfoy. Chwilę później mój umysł zalewa dziwny obraz. Ja i ten chłopak. Całujemy się. Potrząsam głową i prycham niczym rozjuszona kotka bo po raz pierwszy od tych siedmiu dni, które tu spędziłam czuję zdezroientowanie i niepewność.
-Dracon Malofy. Proszę, proszę.
Głos Lorda Voldemorta przesiąknięty jest takim chłodem, emanuje z niego taka wyższość i złość, że mimowolnie się wzdrygam. Nie chciałabym być na miejscu tego chłopaka. Oj nie chciałabym.
-Jak miło, że w końcu zdecydowałeś się wrócić.
Ciszę przerywa złowieszczy głos. W pomieszczeniu panuje zupełna cisza przerywana szybkim oddechem blondyna. On jednak nadal patrzy na mnie, czym kompletnie wyprowadza mnie z równowagi. Wstrętny Ślizgon. Odwracam ostentacyjnie głowę i patrzę na mojego pana.
-Lucjuszu!
Grzmi głos Lorda Voldemorta, a wywołany osobnik chwilę później wkracza do sali. Jego wzrok prześlizguje się po sylwetce syna, a na jego twarz wypływa czysta nienawiść i obrzydzenie.
-Nasz kochany syn marnotrawny wrócił!
Obserwuję twarze zebranych. Czarny Pan śmieje się niebezpiecznie cicho.
-Witamy w naszych szeregach Draconie. Bardzo mi cię brakowało. Zechcesz mi wytlumaczyć co się stało, że opuściłeś tą bezpieczną przystań? Co się stało, że opuściłeś swojego jedynego pana?
Chłopak przenosi powoli wzrok na Niego i patrzy prosto w te czarne szparki, które świdrują go wzrokiem.
-Granger. Podejdź.
Zdecydowanym krokiem odwracam się od chłopaka i staję przed Czarnym Panem.
-Damy mu nauczkę Granger. Pokażemy, jak traktuje się zdrajcę. Zechcesz rozpocząc przedstawienie?
Zebrani wokół śmierciożercy nadal obdarzają mnie nienawistnymi spojrzeniami. Nie mogą uwierzyć, że ta oto szlama awansowała na takie miejsce. Rozjuszona Bellatrix wychodzi na środek i pada do stóp Czarnego Pana.
-P-panie.. Jak możesz tak ją traktować? Popatrz na lud tu zgromadzony! Czy ta zwykła, brudna szlama, przyjaciółeczka Pottera zasługuje na takie zaszczyty?
-Zamilcz! Zimny głos pełen furii przecina salę. Bellatrix wzdryga się nieznacznie a chwilę później wierzga się po posadzce w konwulsjach. Jest zbyt dumna, by jakikolwiek dźwięk wydobył się z jej gardła. Jej wykrzywiona twarz b b bólem mówi za siebie. Mimo wszystko jestem pełna podziwu. Dostać Cruciatusem od Sami-Wiecie-Kogo i nie krzyczeć to naprawdę niezłe osiągnięcie. Wręcz niemożliwe.
-Czy ktoś jeszcze chce skomentować obecność panny Granger? Czarny Pan wstaje z krzesła i z uniesioną różdżką wpatruje się w zebranych. Wszyscy spuszczają głowy, a ja stoję rozpromieniona.
-Czas więc zacząć przedstawienie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz