Cześć ludziska! To kolejny rozdział mojego opowiadania. Mam nadzieję, ze ktoś tu zagląda i czeka na dalsze losy bohaterów. W komentarzach wyrażajcie swoje myśli i zdanie na ten temat. Pozdrawiam i zapraszam do czytania! :)
Idę powoli ciemnym korytarzem delikatnie oświetlając pomieszczenie wątłym światłem mojej różdżki. Moje serce bije w zawrotnym tempie i mam wrażenie, że zaraz wyrwie mi się z piersi. Nie rozumiem czemu moim ciałem wstrząsa dreszcz, a ja sama jestem cała spięta i wystraszona.
-On zawsze był na pierwszym miejscu..
Ni stąd ni zowąd słyszę cichy syk. Rozglądam się wokoło dzierżąc jedyną broń i nadzieję - różdżkę wykonaną z winorośli, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.
-Twoje potrzeby i pragnienia zawsze były na drugim miejscu. Pan Potter najpierw musiał zadbać o swoje, nie raz kosztem Twoich i Weasleya wyrzeczeń. Jak to jest całe życie wyręczać kogoś i dbać o jego reputację, poświęcając swoją rodzinę i najwyższe wartości w życiu, panno Granger?
Jakaś niezmaterializowana do końca postać miga mi, co chwilę przed oczami, jednak nie zdążę się dobrze przyjrzeć, a już jej nie ma. Zaciskam jeszcze mocniej palce na cienkim drewnie i cały czas obserwuję otoczenie. Pot spływa mi po plecach. Zamykam oczy i próbuję z całych sił wyrzucić ten głos ze swojej głowy. Jednak on nie zważając na moje marne próby, kontynuuje swój monolog.
-Czy to nie okrutne pozbywać się swoich rodziców, tylko dlatego, że twój najlepszy przyjaciel jest Wybrańcem, który bez twojej wiedzy i umiejętności magicznych nie przeżyłby nawet jednego dnia? Czy nie ponosisz za wysokiej ceny za przyjaźń z osobą, która odbiera ci po kolei każde szczęśliwe chwile w życiu, zastępując je nowymi - gorzkimi i bolesnymi?
Chwytam się w rozpaczy za głowę i klękam na kolanach. Po moich policzkach spływają obficie łzy, jednak nie umiem, a nawet nie chcę w tym momencie nad nimi panować. Z mojego gardła wyrywa się cichy szloch. Przed oczami stają mi dwie najbliższe osoby. Rodzice. Dzień ostatniego pożegnania. Mimowolnie powracają wspomnienia, jak fala zalewają mój umysł i nie chcą opuścić mojej głowy. Czuję się przegrana, przytłoczona i pokonana.
-Nie. Proszę.. Nie.
Szepczę cicho nieświadoma wypowiadanych słów. Wtem znów odzywa się ten straszny, jadowity głos, ponawiając próby złamania mojej słabnącej silnej woli.
-A może lepiej pozbyć się Złotego Chłopca? To on zniszczył te wszystkie piękne, radosne dni, które teraz pokrywa straszny cierń i ból...
Ta straszna, zimna barwa głosu dźwięczy mi jeszcze w głowie, kiedy budzę się zlana potem w środku nocy. Widzę przerażającą pustkę i ciemność. Oddycham płytko, a moje serce wybija zatrważająco szybki rytm bicia. Galopuje jak szalone. Ściskam z całej siły białą kołdrę i próbuję uspokoić oddech. Nękana poczuciem winy i strasznymi scenariuszami, które podsuwa mi umysł kołyszę się w przód i w tył, jakby w jakimś transie. Nie mogę nad tym zapanować.. Nie jestem w stanie stwierdzić, jak długo się tak kołyszę. W końcu pokonana i wyczerpana podchodzę do drzwi. Badam ręką rzeczy znajdujące się na komodzie i znajduje świeczkę i zapałki. Następnie oświetlając sobie drogę
otwieram delikatnie drzwi i idę niczym robot do łazienki.
Nie jestem w stanie zapanować nad łzami, które na nowo pojawiają się w kącikach moich oczu. Zamykam drzwi na klucz i opieram się o nie, zjeżdżając w dół. Nie umiem poradzić sobie z tą dawką emocji, którą niespodziewanie dostałam, a którą muszę na nowo przeżywać każdej nocy. W mojej głowie pojawia się uśmiechnięta twarz Harry'ego i Rona. Mimowolnie zastanawiam się, gdzie teraz są i co robią.. W sercu czuję nagły ucisk. Nasza nierozerwalna wielka trójca została rozdzielona.
Ocieram łzy z twarzy. Wstaję z podłogi i z dziką determinacją na twarzy wychodzę z łazienki. Opanuję oklumencję i odnajdę ich. Nikt więcej nas nie rozdzieli. Bezlitosny uśmiech zakwita powoli na mojej twarzy. Nie pozwolę na wdzieranie się do mojej głowy, Nigdy więcej. Postanawiam zejść na dół z nadzieją wypicia czarnej, mocnej kawy, jednak zdaję sobie sprawę z tego, że przecież nie mamy tu żadnych zapasów. Po kolei otwieram każdą z starych, zakurzonych szafek, lecz jedyne co w nich znajduję to naczynia i sztućce. Podchodzę, więc do okna i podciągam roletę, jednak na zewnątrz panują egipskie ciemności. Musi być zatem jeszcze daleko do poranka. Wchodzę do małego, skromnie urządzonego salonu i siadam wygodnie w fotelu. Patrzę na zegar, który przestawiony przez Malfoya wybija teraz godzinę 04:26. Znużona, nie mogąc dłużej walczyć z zamykającymi się powiekami zapadam w niespokojny sen.
***************************
Zaczyna świtać, gdy przecieram zaspane oczy. Przeciągam się leniwie, gdy wtem przypominam sobie, gdzie jestem, z kim i jakie zadanie zostało przede mną postawione. Niechętnie wstaję na nogi i narzucam na siebie czarną koszulę wyszukaną w starej, brązowej szafie, ubieram jeszcze zwykłe, szare dresowe spodnie i schodzę na dół. Stwierdzam, że Granger na pewno jeszcze śpi, więc wchodząc do salonu z zamiarem udania się na zakupy przeżywam szok, kiedy dostrzegam na kanapie drobną postać gryfonki. Co prawda jej oczy są zamknięte, ale co chwilę porusza się niespokojnie, przekręcając z boku na bok.
Widząc ją w tym stanie stwierdzam, że nici z mojego planu wyskoczenia do sklepu. Przysiadam na skraju fotela i przyglądam się nieskrępowanie twarzy, którą musiałem znosić przez 6 lat nauki w Hogwarcie. Jest ona teraz bardzo zmęczona i co więcej widzę zaschnięte ślady łez na policzkach. Marszczę w konsternacji czoło i dopada mnie lekkie przerażenie. Nie mam pojęcia, jak postępować z dziewczynami. A już kompletnie nie wyobrażam sobie mojej współpracy z Granger. Tchórzę, więc i stwierdzam, że nic się nie stanie, kiedy opuszczę ją na parę minut. Przemierzam puste uliczki i kieruję się do małego warzywniaka, który znajduje się w pobliżu naszej tymczasowej posiadłości.
Zimny wiatr smaga moje policzki i w tej chwili nie pragnę niczego więcej, jak tego błogiego uczucia otrzeźwienia.Wchodzę tam i nie zwracając uwagi na ekspedientkę wymieniam rzeczy, których potrzebuję. Zawstydzona dziewczyna myli produkty, jednak w końcu udaje jej się wszystko podliczyć. Przyglądam się jej przez chwilę w zamyśleniu, a ona widząc oje spojrzenie rumieni się i spuszcza wzrok. Daję jej plik banknotów i nie czekając na resztę opuszczam mały sklepik. Chwilę później aportuję się do "domu". Granger właśnie przeciąga się na kanapie, a kiedy dostrzega mnie z siatką zakupów jej oczy delikatnie się rozszerzają.
-Rannym ptaszkiem to ty Granger nie jesteś, co? Posyła mi spojrzenie pełne wyrzutu i prycha nieprzyjemnie.
-Gdybyś oddał mi moją różdżkę zakupy już dawno leżałyby na kredensie w kuchni.
Rzucam jej cienki kawałek drewna, a ona z zaskoczeniem łapie ją w powietrzu.
-Chciałabym zacząć ćwiczyć oklumencję. Spogląda na mnie swoimi dużymi czekoladowymi oczami przewiercając mnie nimi jednocześnie. Jej mina jest poważna, a oczy nagle stają się matowe i zimne. Wow. Po raz pierwszy widzę coś takiego w wykonaniu Granger. Ugh, powiało chłodem.
-Jasne. Odpowiadam tylko i kieruję się do kuchni.
Wchodzę za nim do kuchni i rozładowuję zakupione produkty.
-Kupiłeś wódkę?!
Patrzę na niego z malującą się złością na twarzy.
-Serio Malfoy? Serio? Naprawdę nie miałeś na co wydawać pieniędzy?
Jej ton przepelnia czysta pogarda. Błąd Granger.
-To dla mnie nie dla ciebie. Szybko zabiera butelkę alkoholu i trzyma ją zaborczo w rękach. Przewracam oczami, na co on przyszpila mnie swoimi znanym mi już pogardliwym spojrzeniem stalowych tęczówek.
-Może i jesteś tą najmądrzejszą, rozsądną Granger, ale to wszystko. Nie będziesz komentować moich zachowań, bo najzwyczajniej w świecie to nie jest twoja sprawa. Zrozumieliśmy się Panno-Wszystko-Wiem-Lepiej-Od-Innych?
Wzruszam jednak tylko ramionami i szukam jajek. Udaję rozluźnioną i zrelaksowaną, a już na pewno nie pokazuję, że przejęłam się w jakimś stopniu jego uwagą bądź poczułam dotknięta. Następnie biorę się za przygotowanie jajecznicy. Malfoy stoi oparty o framugę drzwi i przygląda się moim poczynaniom, obserwując każdy mój ruch. Nie powiem,żebym czuła się komfortowo bo się nie czuję. Serce przyspiesza swoje bicie, kierując się własnymi odczuciami i w zupełności ignoruje głos rozsądku, który karze mu zaprzestać nadmiernym emocjonowaniem się obecnością ślizgona.
-Jeśli i tak nic nie robisz, tylko bezczynnie stoisz to chociaż rozłóż naczynia.
Warczę na niego wytrącona z równowagi, kierując w niego całe moje skrępowanie i złość. On jednak pozostaje głuchy na moje słowa i nadal stoi w bezruchu. Odwracam się do niego i zakładam buntowniczo ręce na biodra.
-Zamierzasz tak po prostu sobie stać, kiedy ja będę odwalać nasze śniadanie?
Tak, wiem, sama go prowokuję, ale nie mogę dłużej znieść tego jego palącego wzroku, który przewierca mnie na wylot. Cięzko nie zostać wytrąconym z równowagi, kiedy musi się mieszkać sam na sam z przystojnym arystokratą, darzącym nienawiść osoby mojego pokroju.
-Kiedy chcesz potrafisz być naprawdę upierdliwa Granger. No chyba, że taka jesteś po prostu na co dzień.
Odpowiada mi ze złośliwym uśmieszkiem i wychodzi z kuchni.Śniadanie spożywamy w zupełnej ciszy.
Granger ledwo skubie swoją porcję, gorączkowo nad czymś rozmyślając. Widzę, że prowadzi ze sobą jakąś wewnętrzną bitwę, jednak w żaden sposób tego nie komentuję. Postanawiam wyprowadzić lekko z równowagi panią perfekcjonistkę i przesuwam swoją nogę po jej nodze. Widzę jak oczy się jej rozszerzają i chwilę później patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami, w których zaczyna malować się złość, kiedy zauważa, że praktycznie krztuszę się ze śmiechu.
-Poczucie humoru na iście wysokim poziomie panie Malfoy.
Syczy oblewając się uroczym rumieńcem. Stop.Cofnij. Wróć. Oblewając się obrzydliwie kompromitującym rumieńcem.
-Podobnie jak cała twoja rodzina.
Dodaje jeszcze i wstaje od stołu, zabierając swój talerz i kierując się w stronę kuchni.
Patrzę na jej sylwetkę, która kusi mnie swoim wyglądem. Wyciągam papierosa z kieszeni i od razu moje samopoczucie się poprawia, czując znajomy zapach tytoniu w powietrzu. Idę za nią, nie mogąc się powstrzymać i staję tuż za jej plecami, a kiedy się do mnie odwraca dmucham jej dymem prosto w twarz. Ona zaczyna się krztusić, a ja obdarzam ją jednym ze swoich zawstydzająco-uwodzicielskich uśmiechów. Granger zaciska rękę w pięść, a ja na wszelki wypadek postępuje krok do tyłu, pamiętając doskonale jej znakomity prawy sierpowy w czwartej klasie. Widząc moją reakcję odzyskuje nieco swoją bardzo irytującą pewność siebie i uśmiecha się z politowaniem, przybierając bojowy nastrój.
-Chcę w końcu zacząć ćwiczyć.
Krzywi się nieznacznie. No tak. Typowa Granger. Kontynuuję zabawę w Wytrąć-Granger-Z-Równowagi-w-5-minut i szczerzę się do niej szeroko mówiąc.
-Jasne Granger. Jaką pozycję chcesz najpierw wypróbować? Misjonarską, na jeźdźca czy może...
W tym momencie nie dane jest mi wymienić kolejnego przykładu, bo Granger z furią na twarzy przykłada mi rękę do ust. Wpadam na genialny pomysł nr 134949030 i zaczynam lizać ją po dłoni. Odskakuje ode mnie jak oparzona, a ja wybucham drwiącym śmiechem.
-Łatwo wyprowadzić cię z równowagi Granger. Chyba musimy nieco ujarzmić twój wybuchowy temperament.
Szczerzę się do niej, ukazując rząd białych, jak śnieg zębów. Ona jednak wzdycha tylko cichutko, zaciska usta w prostą linię i mówi cichym, poważnym głosem.
-Nie żartuję Malfoy. Tracimy tylko cenny czas!
-Ależ ja również mówię całkiem serio. Praktyka czyni mistrza Granger. Możemy zacząć od zaraz! Puszczam jej oczko, a ona rozjuszona moją bezczelnością prycha w zdenerwowaniu.
-Dobra, już dobra. Od teraz będę grzeczny.
Swoją lewą rękę kładę w okolicach sercach i szczerzę się głupkowato.
-Och, nienawidzę cię Malfoy!
Niezdarnie próbuje mnie wymijać, a ja widząc kształtujące się gdzieś w kącikach oczu łzy upokorzenia, chwytam ją za rękę i delikatnie wycieram.
-Okay. Już.
Dziewczyna odwraca szybko wzrok i usilnie próbuje nie patrzeć mi w oczy. Puszczam jej rękę i zaczynam cicho instruować.
-Musisz pozbyć się wszelkich emocji. Wycisz się..
Zamknęłam oczy. Głoś Malfoya był cichy i spokojny. Starałam się wyrzucić ze swojej głowy jego delikatne spojrzenie, gdy ocierał moją łzę z policzka. GRANGER! Opanuj się do cho#ery. No więc na czym to skończyłam? Ach tak.. Byłam spokojna.
-A teraz przygotuj się. 3...2...1... Legilimens!
Hermiona jako mała dziewczynka żegna się z rodzicami na peronie. Jest jej smutno, a oczy same się szklą, lecz z drugiej strony jest niesamowicie podekscytowana. Siedzi na krześle a tiara na jej głowie krzyczy : -Gryffindor! Dziewczyna zbiega po schodach i ląduje w objęciach Potter'a a chwilę później dołącza do niego Weasley. Na najwyższym schodku całą sytuacje obserwuje mała Weasley'ówna. Granger i Potter stoją razem trzymając zmieniacz czasu (?!) i cofają się w przeszłość. Biegną ile sił w nogach, a jej serce bije w zatrważającym tempie. Granger siedzi na błoniach, kiedy nagle podchodzi do niej Krum i zabawia słodką gadką na podryw. Uśmiecha się do niego niepewnie i czuje się bardzo niekomfortowo. Jej wspomnienia przelatują mi w głowie błyskawicznie, kiedy słyszę głos dziewczyny.
-Stop! Z różdżki Granger'ówny wydobywa się ledwie widoczny snop iskier i pada ona na ziemię oddychając ciężko.
-Mieliście zmieniacz czasu?
Patrzę na nią z wyrzutem a ona po chwili odpowiada niepewnie.
-Dostaliśmy pozwolenie od profesora Dumbledore'a.
Mówi cicho i stara się unormować oddech.
-Jeszcze raz.
Mówi zdecydowanym tonem i stoi z wyciągniętą różdżką.
-Postaraj się odrzucić mnie swoim mózgiem, wtedy nie będziesz musiała używać różdżki.
Mówię cicho, a ona pokornie kiwa głową.
-3..2...1...Legilimens!
Granger stoi w pokoju wspólnym,a wokół wszyscy wiwatują i śpiewają. I wtedy dostrzega rudego obrońcę Gryffindoru, na którego szyję zarzuca się dziewczyna o kręconych włosach i całuje go namiętnie w usta. Czuje przeraźliwy ból i w pośpiechu opuszcza pokój wspólny gryfonów, a po jej policzkach spływają łzy. Przechadzają się z Potterem po błoniach.
-Herm..Wierzysz, że to nie ja wrzuciłem swoje nazwisko do czary, prawda?
-Harry... Nie jesteś głupi. Oczywiście, że ci wierzę! Jak możesz tak myśleć!
Przytula go niepewnie. Obraz rozmazuje się. Stoją we trójką w chatce u Hagrida zakryci peleryną niewidką i wstrzymują oddechy z przerażeniem widząc skierowane spojrzenie Umbridge w ich stronę... Wspomnienia rozmazują się, a ja ponownie stoję w małym, teraz jasno oświetlonym pomieszczeniu , dzięki wschodzącemu za szybą słońcu. Powoli dostrzegam w tej dziewczynie drugą osobę, której wcześniej przez lata nauki w Hogwarcie nie zauważałem bądź nie chciałem zauważyć przez skierowaną w jej stronę nienawiść. Przyglądam się jej uważnie a na wspomnienie, obejmującego jej ciało bólu na widok tego rudego Weasley'a ogarnia mnie złość.
-Ja.. Chyba jestem w tym beznadziejna.
-Nie od razu Bank Gringotta zbudowano.
Uśmiecham się do niej. -Chodź. Czas się zrelaksować. Żartowałem przecież. Tak naprawdę poczęstuję cię moją piękną zdobyczą. Widząc je sceptyczną minę obdarzam ją szerokim
uśmiechem.
-Nie daj się prosić Granger. Kładę na małym drewnianym stoliku dwa kieliszki i polewam. Dziewczyna bierze do ręki swoją porcję i upija łyk zapadając się w starym fotelu.
-Chyba rzeczywiście tego było mi trzeba. Stwierdza po chwili i uśmiecha się niepewnie. Kiedy widzę, że opróżnia już 4 kieliszek zdobywam się w końcu na odwagę. Wpatruję się w nią uważnie i pochylam do przodu.
-Po co był wam potrzebny zmieniacz czasu?
Świdruję ją wzrokiem, ona jednak wzrok odwraca.
-Ja nie powinnam ci nic na ten temat mówić. To nasza tajemnica, ja...
-Oj przestań Granger. Było minęło a teraz jesteśmy tu sami. Nikt się nie musi o tym dowiedzieć. Teraz to będzie nasz mały sekret.
Podchodzę do niej i wiem, ze zachowuję się jak skończony dupek, ale dolewam jej jeszcze trochę alkoholu i patrzę w brązowe oczy, które powoli poddają się mojemu wzrokowi (czyt. urokowi osobistemu) i w końcu Granger przemawia.
-My cofnęliśmy się wtedy, żeby uratować Syriusza. Syriusza Blacka. Ojca chrzestnego Harry'ego. Dziewczyna patrzy mi prosto w oczy, a mi teraz nagle wszystko układa się w głowie w jedną spójną całość.
-To dlatego uciekł! Wiedziałem, ze coś mi tam śmierdzi.
-Zagrajmy w grę Malfoy.
Patrzę na nią z zaciekawieniem.
-No, kontynuuj Granger. Jaką to grę chcesz mi zaproponować?
Uśmiecham się nieco ironicznie, czekając na odpowedź. Może być zabawnie.
-To taka mugolska zabawa. Prawda czy wyzwanie.
-Dobra. Wchodzę w to Granger. Ja pierwszy! Prawda czy wyzwanie?
Dziewczyna wzdycha i mówi cichym nieco bełkotliwym głosem. -Prawda.
Mój mózg pracuje na najwyższych obrotach. W końcu siadam na przeciwko niej i pytam.
-W jaką misję miałaś ruszyć z Potterem i Weasleyem?
Patrzę na nią badawczo, a ona kieruje na mnie oskarżycielski wzrok.
-To nie fair Malfoy!
-Całkiem fair!
Oburzam się na tę znieważającą uwagę.
-Nie ustalaliśmy reguł. Gra to gra, prawda?
-Horkruksy. Mieliśmy znaleźć horkruksy Malfoy.
Mówi z udręczoną wręcz cierpiętniczą miną, a ja żałuję, że tak ją potraktowałem. Już drugi raz.
-Horkruksy?
-To już drugie pytanie! A teraz moja kolej. Prawda czy wyzwanie?
Patrzę na niego jednak mój wzrok staje się rozbiegany. Boże, co ten chłopak ze mną robi. Granger. Przywołuję Cię do porządku!
-A co mi tam. Wyzwanie!
Patrzę na niego przez chwilę, jednak alkohol, który płynie w mojej krwi dodaje mi odwagi i po chwili słyszę własne słowa :
- Pocałuj mnie. - po których zapada cisza.
Patrzę na blondyna , który siedzi przez chwilę na swoim miejscu, a następnie podnosi się i podchodzi do mnie po czym biorąc mnie za rękę (o dziwo, jestem w stanie jeszcze stać na własnych nogach, chociaż po takiej ilości alkoholu, którą we mnie wlał powinnam już dawno spać w kącie) przytrzymuje mój podbródek, a ja rozpływam się pod wpływem jego spojrzenia. On jednak długo się ze mną nie drażni i chwilę później wtapia swoje usta w moje. Zarzucam mu ręce na szyję i wplatam swoje dłonie w jego blond włosy, a on przyciska mnie do siebie mocniej. Mój oddech staje się coraz szybszy a chłopak ściska delikatnie mój pośladek, na co w odpowiedzi z moich ust wydobywa się cichy jęk.
Co ty do cho#ery Mafoy robisz?! To pytanie dźwięczy mi w uszach kiedy kładę delikatnie dziewczynę na kanapie i obdarowuję jej szyję pocałunkami. Dziewczyna przyciąga mnie do siebie jeszcze mocniej i całuje namiętnie drażniąc moje zęby swoim językiem. Widzę, jak jej klatka piersiowa szybko się unosi, a jej ręka mocno zaciska się na mojej koszuli. Czując ją pierwszy raz tak blisko siebie wdycham jej piękny kwiatowy zapach i otwieram szeroko oczy. Dziewczyna zarzuca mi ręce na szyję i przyciąga mnie kurczowo do siebie, a z jej gardła wydobywa się cichy szloch. Patrzę na nią niepewnie, a ona mówi cicho.
-Zostań ze mną tej nocy.. Proszę..
Jestem, jak sparaliżowany. Wpatruję się w jej rozbiegane oczy i mam wrażenie, że alkohol opuszcza już moje ciało. Dziewczyna wspina się delikatnie na moje kolana i z zadziwiającą gwałtownością wpija się w moje usta. Nie pozostaję jej dłużny i z równą gwałtownością oddaje jej pocałunek.
-Kur#a. Granger. Nie możemy...
Dziewczyna jednak pozostaje głucha na moje protesty, więc znów do niej przylegam. Znów nie mogę się jej oprzeć. Jednak po chwili odsuwa się ode mnie i patrzy, jakby niepewna, co tu robi i co się z nią dzieje. Biorę ją na ręce, a ona po chwili zamyka oczy. Zabieram ją do jej sypialni i tam układam na łóżku. Nie chcę na razie myśleć o tym co się wydarzyło, bo najzwyczajniej w świecie mnie to przeraża. Kładę się obok niej i patrzę jak równo oddycha. Jest taka drobna. Po jakimś czasie sam zasypiam zmożony przez natłok wydarzeń dzisiejszego dnia.