niedziela, 20 grudnia 2015

Chapter VII.


Stoję naprzeciwko chłopaka o blond włosach. Patrzy na mnie z nieukrywanym zainteresowaniem. Widzę jednak, że to maska. Jego oczy są zdumione. Posyłam w jego stronę bezlitosny uśmiech. To nowa ja - krzyczy mój wzrok. Obracam się wokół własnej osi, a szata, która zdobi moje ciało wiruje wraz ze mną. Wybucham cichym śmiechem. Widzę, spojrzenia wszystkich śmierciożerców. Uważają mnie za wariatkę. To wywołuje w nich bojaźń. Nie ma nic gorszego niż czarownica-wariatka. Wiedzą już, że jestem zdolna do wszystkiego. Stworzyli maszynę do zabijania. Oni wiedzą... Oni czują... 
Kieruje jednak na powrót swój wzrok w stronę Malfoya. Na powrót skupiam na nim swoje myśli.
-Jak ci się podobam Draco? Czyż nie piękną suknię dostałam od Toma?
Odwracam głowę w stronę Czarnego Pana i obdarzam go swoim zawstydzającym uśmiechem. Znów go rozbawiłam. Wstaje z dużego fotela i podchodzi do mnie bardzo blisko.
-Prezentujesz się niezwykle wytwornie panno Granger. Zechcesz pokazać nam się teraz z innej strony? Nie pozwólmy naszemu gościowi czekać. Już wystarczająco długo musi znosić nasz brak gościnności. 
-Nie ciebie pytałam.
Mój głos jest cichy. Patrzę w podłogę, jednak moje chwilowe rozbawienie ulotniło się. Na sali zapada złowieszcza cisza. Mogłabym przysiąc, że słyszę te wszystkie przyśpieszone bicia serc. Wszyscy czekają na reakcję Czarnego Pana.
-Pytałam Dracona.
Oznajmiam głosem, który zrobił się przeraźliwie piskliwy. 
 Patrzę na niego, patrzę na chłopaka, który swoim pojawieniem wywołał burzę w mojej głowie Widzę N A S. Naraz atakuje mnie znikąd masa uczuć. Wspomnienia przelatują mi w głowie i kłują  w serce. Zadają raz po raz cios. Jestem zdezorientowana. Po raz pierwszy odkąd tu przybyłam znów czuję to bezradne uczucie. Nie kontroluję , nie panuję, znów jestem podatna na wpływy. Przecież już umiem się przed tym bronić!! Chłopak nie spuszcza ze mnie wzroku. Odpowiadam na jego spojrzenie. Nie dam się ugiąć. NIE DAM. 
-Granger. Granger. Granger.
Słyszę głos w głowie. Odbija się echem. Potęguje się. Powiela. Jest zdesperowany, czuję to.
-To nie ty. Manipulują tobą. Obudź się Granger. Pomogę ci, naprawię wszystko, co spieprzyłem. Przejrzyj tylko na oczy.
-Crucio.
Podnoszę z przerażeniem różdżkę i całą frustrację i złość przelewam w chłopaka, który dopiero co do mnie mówił? Serce bije mi jak oszalałe. Co się ze mną dzieje? Zamykam umysł na cztery spusty. Opuszczam powoli różdżkę i w ostatniej chwili daje szansę chłopakowi na złapanie oddechu, który miał być jego ostatnim. Dyszy, sapie i rzuca się w konwulsjach. Chyba zabolało. Przekrzywiam głowę na bok i przyglądam mu się przez chwilę.
To za wtargnięcie do moich myśli chcę powiedzieć. Milczę jednak i wiem, że wyczytał to z mojego uśmiechu. Wymaszerowuję z sali i szepczę na odchodnym:
-Chciałam tylko usłyszeć, że pięknie wyglądam. To tak dużo?
Mój głos brzmi żałośnie smutno. To głos przemawiającej rozkapryszonej dziewczynki, która nie dostała tego, czego chciała. Z głową podniesioną do góry opuszczam salę. Gdy znajduję się z dala od spojrzeń śmierciożerców i samego Lodra Voldemorta pozwalam, by po moim policzku po raz pierwszy od niepamiętnych czasów spłynęła łza. Potem następna. Przyspieszam kroku i biegnę w stronę lochów. Chwilę później padam na wielkim, bogato zdobionym łożu i pozwalam sobie na chwilę słabości. Pozwalam sobie się złamać i na chwilę doznać wszystkich uczuć, które pozamykałam dawno temu na klucz i nie pozwalałam się im wymknąć...
KIM JESTEŚ HERMIONO GRANGER I CO SIĘ Z TOBĄ STAŁO?!

sobota, 1 sierpnia 2015

Chapter VI.

Minął tydzień. A ja czuję, że opadam już z sił i mój koniec jest bliski.  Powoli zostawałam z niczym, a moje aspiracje i potrzeby przesłaniała nienawiść do jednego chłopaka z blizną. Na początku (teraz już sama nie wiem czemu) broniłam się przed tym i stawiałam opór, w chwili obecnej jest mi kompletnie wszystko jedno.  Nazywam się Hermiona Granger. Jestem szlamą. Uczęszczałam do szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart, lecz w chwili obecnej wystąpiły pewne komplikacje. Otóż chłopak, którego nazywają Wybrańcem - Harry Potter zabił moich rodziców. Zostałam sama. Jednak odnalazł mnie potężny czarodziej - Voldemort i przygarnął. Razem kierowani nienawiścią dążymy do unicestwienia chłopaka, który pozbawił życia moich rodziców. Widziałam nawet ich ciało. Strasznie zmasakrowane. Choć zdarzają mi się jeszcze różne przebłyski w pamięci - to teraz nie umiem ich sklasyfikować do zadnej szuflady w moim życiu. Mam wrażenie, że widzę wspomnienia obcej osoby. To irytujące czasami, ale ogólnie zobojętniałam na tego typu niespodzianki. W większości jeśli się pojawiają urozmaicają moje chwilowo bardzo nudne życie. -Panno Granger! Podnoszę wzrok na faceta o wyjątkowo obrzydzającym uśmiechu z krzywymi i brudnymi zębami, który jak zawsze przychodzi do mnie do lochów i zabiera na godzinną męczarnię. Patrzę na niego lekko mglistym wzrokiem i powoli podnoszę się z posadzki. Teraz będzie najciekawszy punkt w moim dniu. Mężczyzna o zimnym, zlodowaciałym spojrzeniu będzie "grzebał" mi w głowie i urozmaicał moje wspomnienia. Tak to nazywa. W sumie dość inspirujące doświadczenie. Zastanawiam się tylko, kiedy mnie wypuści. Bo wiecie, ja mam przecież swoje sprawy na głowie, a on mi zabiera mój cenny czas. Chcę dokonać zemsty. Ale Czarny Pan wmawia mi, że jeszcze nie jestem gotowa. Wlokę nogę za nogą i idę. W końcu docieramy do salonu. Na fotelu ze skóry przy pięknym, robiącym wrażenie kominku siedzi mężczyzna, który prześladuje mnie od 7 dni. Uśmiecham się szeroko. Naprawdę cieszę się na myśl o tym, że dziś dostanę kolejną dawkę wspomnień. Stoję naprzeciw tego biednego człowieka, który tak naprawdę rozkazuje bandzie przestraszonych śmierciożerców, którzy słuchają go wyłącznie z obawy o swoje życie. Patrzę na nich pogardliwie. Uwagę moją zwraca, jednak mężczyzna, którego kompletnie nie mogę rozgryźć. Ma czarne włosy do ramion, przeważnie (przynajmniej w moim odbiorze) są one tłuste. Ma ciemne niczym noc oczy i zawsze świdruje mnie swoim wzrokiem.
 -Granger.
Klaszcze w dłonie niczym małe dziecko i uśmiecha się do mnie, ukazując rząd nierównych, pożółkłych zębów. Choć uśmiech gości na jego twarzy jest on zimny.
-Tom...
Odpowiadam na powitanie bez cienia lęku i staję przed nim z dumnie wypiętą piersią. On wyciąga swoją rękę, a chwilę później mój umysł zalewają wspomnienia. Widzę dwójkę ludzi, którzy prześladują moje myśli odkąd tu się pojawiłam. Widzę siebie biegnącą ku nim i wtedy, nagle, bez ostrzeżenia pojawia się znikąd on. Chłopak, którego darzę ogromną nienawiścią. Jego czarne włosy powiewają w nieładzie. Wyciąga w mgnieniu oka różdżkę, by chwilę później snop zielonego światła przeciął dzielący nas dystans. Później kolejny. Stoję tam bezradna nie mogąc poruszyć żadną z kończyn. Sparaliżowana. Chwilę później znów stoję w sali. Naprzeciw niego. Przeraźliwie samotnego człowieka w tym domu. Najbardziej samotnego człowieka na całym świecie. Uśmiecham się pogardliwie i cichym aczkolwiek stanowczym głosem mówię.
-Jestem gotowa Tom.
I wtedy nagle ciszę zakłócają kroki ludzi. Wchodzą tu nieproszeni, a ja zaciskam usta w wąską linię. Znów ktoś nam przeszkadza. Patrzę zimnym, wręcz lodowatym wzrokiem na wchodzących śmierciożerców. Wraz za sobą ciągną chłopaka. Przyglądam się tej scenie z obrzydzeniem. Cóż za kreatury. Monstra. Zbyt słabi, by się przeciwstawić, zbyt samotni by opuścić Lorda Voldemorta. Wybucham perliście niebezpiecznym śmiechem.
-Tom, powiedz im, że nam przeszkadzają!
Tupię niebezpiecznie nogą niczym mała dziewczynka. Wyciągam różdżkę i celuję nią w przybyłych gości. Zgrzytam zębami, a oni wiedzą, że nie powinni ze mną zadzierać. Jestem ulubienicą Czarnego Pana. Postępuję krok naprzód.
-Moja droga, nie tak szybko.
Zatrzymuję się zatem, a mój wzrok przyciąga ów chłopak, którego tu przyprowadzili. Ma blond włosy, jest niezadbany i zdecydowanie patrzy mi prosto w oczy, czym wyprowadza mnie z równowagi. No tak. Zdrajca Malfoy. Chwilę później mój umysł zalewa dziwny obraz. Ja i ten chłopak. Całujemy się. Potrząsam głową i  prycham niczym rozjuszona kotka bo po raz pierwszy od tych siedmiu dni, które tu spędziłam czuję zdezroientowanie i niepewność.
-Dracon Malofy. Proszę, proszę.
Głos Lorda Voldemorta przesiąknięty jest takim chłodem, emanuje z niego taka wyższość i złość, że mimowolnie się wzdrygam. Nie chciałabym być na miejscu tego chłopaka. Oj nie chciałabym.
-Jak miło, że w końcu zdecydowałeś się wrócić.
Ciszę przerywa złowieszczy głos. W pomieszczeniu panuje zupełna cisza przerywana szybkim oddechem blondyna. On jednak nadal patrzy na mnie, czym kompletnie wyprowadza mnie z równowagi. Wstrętny Ślizgon. Odwracam ostentacyjnie głowę i patrzę na mojego pana.
 -Lucjuszu!
Grzmi głos Lorda Voldemorta, a wywołany osobnik chwilę później wkracza do sali. Jego wzrok prześlizguje się po sylwetce syna, a na jego twarz wypływa czysta nienawiść i obrzydzenie.
-Nasz kochany syn marnotrawny wrócił!
Obserwuję twarze zebranych. Czarny Pan śmieje się niebezpiecznie cicho.
-Witamy w naszych szeregach Draconie. Bardzo mi cię brakowało. Zechcesz mi wytlumaczyć co się stało, że opuściłeś tą bezpieczną przystań? Co się stało, że opuściłeś swojego jedynego pana?
Chłopak przenosi powoli wzrok na Niego i patrzy prosto w te czarne szparki, które świdrują go wzrokiem.
-Granger. Podejdź.
Zdecydowanym krokiem odwracam się od chłopaka i staję przed Czarnym Panem.
 -Damy mu nauczkę Granger. Pokażemy, jak traktuje się zdrajcę. Zechcesz rozpocząc przedstawienie?
 Zebrani wokół śmierciożercy nadal obdarzają mnie nienawistnymi spojrzeniami. Nie mogą uwierzyć, że ta oto szlama awansowała na takie miejsce. Rozjuszona Bellatrix wychodzi na środek i pada do stóp Czarnego Pana.
-P-panie.. Jak możesz tak ją traktować? Popatrz na lud tu zgromadzony! Czy ta zwykła, brudna szlama, przyjaciółeczka Pottera zasługuje na takie zaszczyty?
 -Zamilcz! Zimny głos pełen furii przecina salę. Bellatrix wzdryga się nieznacznie a chwilę później wierzga się po posadzce w konwulsjach. Jest zbyt dumna, by jakikolwiek dźwięk wydobył się z jej gardła. Jej wykrzywiona twarz b b bólem mówi za siebie. Mimo wszystko jestem pełna podziwu. Dostać Cruciatusem od Sami-Wiecie-Kogo i nie krzyczeć to naprawdę niezłe osiągnięcie. Wręcz niemożliwe.
 -Czy ktoś jeszcze chce skomentować obecność panny Granger? Czarny Pan wstaje z krzesła i z uniesioną różdżką wpatruje się w zebranych. Wszyscy spuszczają głowy, a ja stoję rozpromieniona.
-Czas więc zacząć przedstawienie.

niedziela, 24 maja 2015

Chapter V

Budzę się wyrwana z spokojnego snu, czując na mych ustach dwa palce. Stalowe tęczówki wpatrują się we mnie ostrzegawczo, a ja zaplątana w nogi blondyna oblewam się rumieńcem. Chłopak świeci różdżką i uśmiecha się kpiąco, co w rezultacie powoduje, że mój rumieniec staje się jeszcze bardziej purpurowy (o ile to jest możliwe w ogóle).
-Ktoś tu jest. Mówi cichym szeptem chłopak, wpatrując się w drzwi.
-Leż tu, ja sprawdzę.
Gdy tylko kończy zdanie, drzwi otwierają się z impetem, a moje serce bije tak szybko, że kiedy zauważam kto wtargnął do pokoju - zamieram w bezruchu. Otwieram usta, lecz żaden dźwięk się z nich nie wydobywa. Patrzę wprost w tak dobrze znane mi zielone i brązowe oczy i wciągam haust powietrza.
-H-h-hermiono..
Ron wskazuje na mnie swój oskarżycielski palec, a ja w stanie zawieszenia nie mogę oderwać od nich wzroku. Widzę uczucia malujące się na ich twarzach. Od szoku poprzez niedowierzanie, ból, odrzucenie i gniew.
-Ja..
-TO MY SZUKAMY CIĘ NA KAŻDY MOŻLIWY SPOSÓB, MODLĄC SIĘ ŻEBYŚ ŻYŁA I BYŁA CAŁA, A TY.. TY.. TY SYPIASZ SOBIE W NAJLEPSZE Z TYM CYMBAŁEM, KTÓRY PRZEZ 6 LAT NAUKI W HOGWARCIE KPIŁ SOBIE Z CIEBIE I WYZYWAŁ OD SZLAM?!
 -To nie tak Ron..
Zasłaniam oczy rękami i pragnę uciec w tej chwili, jak najdalej stąd. Harry nie wypowiedział jeszcze ani słowa. Po prostu patrzy na mnie wzrokiem pełnym obrzydzenia. Wycieram łzy, które formują się powoli w kącikach oczu i prawie zrzucając z siebie Malfoya, na chwiejnych nogach podchodzę do osób, dla których zrobiłabym wszystko.
-Nawet się nie zbliżaj!
 Ron postępuje krok do tyłu w ręku dzierżąc różdżkę, jakbym była dla niego wrogiem, czymś co musi zniszczyć.
 -Harry...
Odwracam głowę w kierunku Wybrańca, chłopaka o złotym sercu i widzę, że próbuje, naprawdę próbuje zrozumieć sytuację, ale nie umie w żaden sposób sobie tego wytłumaczyć. Zresztą... Czy można wytłumaczyć to, w jakikolwiek inny sposób? Przecież mają rację!
-Błagam, wysłuchajcie mnie..
-Wiesz Hermiono, chyba powitanie, które nam zafundowałaś raczej nie wymaga komentarza. Bawcie się dalej. Na nas chyba pora Harry, prawda? Bo my w przeciwieństwie do ciebie, walczymy o każdy dzień.. Wypełniamy ostatnią wolę Dumbledore'a!
Błagam! Nie! Myślę, lecz z mych ust nie wydobywają się żadne słowa. Czuję pustkę.. Mam wrażenie, że grunt usuwa mi się spod nóg, a ja nie mogę w żaden sposób zareagować ani temu zapobiec.
-Upiłem ją.
Obok mnie staje Malfoy. Nawet w zwykłych bokserkach z dumnie wypiętą klatką piersiową , prezentuje się, jak prawdziwy arystokrata.
-Ona niczemu nie była winna. Poza tym, sam ją uprowadziłem. JA. Słyszycie? Ja to zrobiłem i związałem ją ze sobą zaklęciem. Koniec historii. Ta dam. Jeśli chcecie usłyszeć całość musicie się uspokoić. Bo nie zamierzam rozmawiać z szalonym psychopatą, umierającym z zazdrości, że to ja spałem z Granger. A nie ty Weasley. Mężczyzna od siedmiu boleści. To chyba upokarzające Weasley, prawda? Ty miałeś na to 6 lat, ja w zaledwie kilka nocy...
Nie kończy zdania, bo pięść Rona ląduje na jego szczęce. Malfoy prycha lekceważąco. Strużka krwi spływa mu po twarzy, a Ron cały czerwony na twarzy cedzi przez zaciśnięte zęby.
-Zamknij się w tej chwili Malfoy.
Widzę, jak ten drugi wyciąga różdżkę, więc szybkim krokiem staję między tą dwójką.
-Stop, stop, stop.
Ron spostrzegając moją rękę, którą położyłam na ramieniu Malofya wygląda , jakby został spoliczkowany. Cofam ją szybko, ale chłopak obdarowuje mnie pogardliwym spojrzeniem i zwraca się do Harry'ego.
-Ja chyba nie mam ochoty na słuchanie tych bzdur. Zresztą nie obchodzi mnie to. Tracimy tutaj tylko swój cenny czas Harry.
Harry posyła mi ostatnie rozpaczliwe spojrzenie i znikają. Tak po prostu. Stoję, jak wryta, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą się wydarzyło. Powoli odwracam się w stronę Malofya i mówię cichym, spokojnym głosem.
-Odłącz mnie.
Chłopak zakłada ręce na klatkę piersiową i równie spokojnie mi odpowiada.
-Nie Granger.
-MALFOY DO CHO#ERY! Nie obchodzi mnie ta twoja popieprzona misja i to wszystko. Poradzę sobie SAMA. Odłącz mnie. Po prostu mnie odłącz.. Rozumiesz?
 Patrzę na niego niemal błagalnym wzrokiem, a kiedy widzę przebłysk czegoś na kształt rozczarowania (?) - nie rozumiem. Całkowicie go nie rozumiem.
 -Wszystko psujesz! Odkąd się pojawiłeś na mojej drodze, wszystko zaczęło się walić!
Odwracam się na pięcie i opuszczam pokój trzaskając teatralnie drzwiami. Siadam na pierwszym schodku, prowadzącym na dół i po prostu czuję, że nie mam już żadnego celu, do którego mogłabym dążyć. Gdyby nie Malfoy.. Do ch#ery. Mam ochotę go roztrzaskać. Wracam, więc do pokoju i dziarskim krokiem kieruję się w jego stronę.
 -Zapłacisz mi za to wszystko Malfoy.
-To nie ja błagałem wczoraj byś mnie całowała i byś ze mną spała. Sama sobie jesteś winna. Nie mój problem, że zadurzyłaś się we mnie i nie umiesz trzymać na wodzy swoich uczuć.
Malfoy obdarza mnie pogardliwym spojrzeniem i wymija lekceważąco.
-To nie jest przyjemność spędzać 24h na dobę z niewyżytą szlamą, która przy pierwszym lepszym spożyciu alkoholu rzuca się na mężczyznę.
Stoję, jak sparaliżowana. Moja szczęka opada do dołu, a ja nim dobrze zapadnę się w sobie zauważam jeszcze zamykające się drzwi i znikającą za nimi postać chłopaka. Coś ty sobie myślała dziewczyno?! No co?! Zostałaś teraz całkowicie sama - odzywa się cichy głosik w głowie. -Colloportus.
 Mówię cicho, unosząc delikatnie różdżkę, po czym równie cicho dopowiadam.
-Silencio.
Teraz dopiero pozwalam sobie na uśpioną złość. Biorę wszystko co wpada mi w ręce i trzaskam przedmiotami po pokoju. Dzięki zapewnionej przed chwilą sobie prywatności, pozwalam sobie na dzikie krzyki frustracji. Biorę do ręki małe lusterko, z którego po chwili zostają jedynie małe odłamki szkła. Kiedy brakuje mi już tchu i siły oraz gdy już nie ma nic, co mogę zniszczyć, sztywno wdrapuję się na łóżko i przeklinam siebie, swoją głupotę i Malfoya. Moje uczucia są tak silne, że w tym momencie nie jestem w  stanie ich kontrolować. Po chwili nie przebywam już w starym opuszczonym domku z Malfoyem, a mam wrażenie, że raczej jestem w rezydencji. Obserwuję wszystko z zainteresowaniem, ale również lekkim dreszczem strachu. Przed sobą zauważam klęczącego Malfoya seniora i moje serce na moment przestaje bić. Wtem z moich-nie moich ust wydobywa się cichy złowieszczy syk.
 -Twój własny rodzony syn przeciwko mnie Lucjuszu.
Moja-Voldemorta ręka wysuwa się do przodu wraz z różdżką. Z kąta pokoju dobiega mnie cichy płacz. Nie mogę jednak zarejestrować osoby, która go z siebie wydaje, ponieważ jestem zmuszona patrzeć teraz w przestraszone oczy ojca Malfoya.
-Twój zdradziecki syn. Interesujące. Doprawdy. Ślizgon czystej krwi, a jakże głupi na umyśle. Każdy, kto walczy z Czarnym Panem prędzej czy później zginie! Wy głupcy!
Płacz kobiety nasila się, a rozjuszony Voldemort powoli odwraca się w jej kierunku i zimnym matowym głosem mówi tak cicho, jednocześnie tak donośnie, że mym ciałem wstrząsa dreszcz.

-Cruciatus.
W końcu oczom moim pokazuje się kobieta z mężczyzną. Wstrzymuje oddech i nie wierzę własnym oczom. Kobieta zaciska przez moment zęby, lecz nie jest w stanie opierać się mocy i sile Czarnego Pana i po chwili z jej gardła wydobywa się przeraźliwy krzyk. Krzyk rozdzierający moje serce na miliony kawałeczków. Krzyk mojej matki... Czas na chwilę zatrzymuje się. Obraz rozmazuje mi się, a ja zamykam oczy z przeraźliwego bólu, który nagle obejmuje moją głowę. Pustka. Czuję pustkę. I wtedy znowu przez mój umysł przebija się głos Czarnego Pana.
-Możesz ich uwolnić Granger. Czas umyka... Możesz to zatrzymać. Przyjdź do mnie. Uratuj swoich rodziców... Chcesz żeby cierpieli bardziej? Chcesz skazać ich na śmierć?
Chwilową ciszę zakłóca teraz zimny, szorstki śmiech.
Wypełnia moją głowę i dodaje głosem pozbawionym emocji.
-Musisz tylko oszołomić młodego Malfoya. W ten sposób przerwiesz więź. Masz 2 godziny. Tik tak. Obraz ponownie rozmazuje się.


Siedzę w salonie popijając kolejny kieliszek wódki. Przegiąłem? Być może. Nie obchodzi mnie to. Kur#a. Należało się jej. Jak może mnie o wszystko obwiniać? Najpierw prowokuje, a potem ma czelność się jeszcze czepiać? Mój otumaniony alkoholem umysł, nie od razu zrozumiał, że do pokoju weszła Granger'ówna.

-Kogo my tu mamy? Przyszłaś przeprosić za swoje niewłaściwe zachowanie?
Szydzę z niej. Tak, zdaję sobie z tego sprawę, że znów ją prowokuję, ale taki już jestem! JA - Draco Malfoy nie zamierzam zmieniać swojego sposobu myślenia i zachowania dla jakieś gryfońskiej szlamy!
-Drętwota.


Patrzę w stalowe tęczówki chłopaka i mimo wszystkich negatywnych uczuć, które do niego żywię po moim policzku spływa łza. Klękam przy nim i odgarniam mu włosy z czoła, by chwilę później aportować się do Malfoy Manor. Niepewna co robić stoję chwilkę jak słup soli i wpatruję się w ogromną posiadłość Malfoy'ów ogrodzoną przez bramę z kutego żelaza.

-Musisz przejść przez bramę - odzywa się ni stąd ni zowąd niezidentyfikowany głos w mojej głowie.
Tak więc postępuje. Jestem niczym dym. Po chwili idę już pewnym krokiem mijając ogród z fontannami i wędrującymi wokoło białymi pawiami. Staję przed ogromnymi czarnymi drzwiami, które nagle otwierają się szeroko, a przede mną staje Dołohow. Moje oczy rozszerzają się, a widząc to mężczyzna ukazuje rząd nierównych zębów i kłaniając się nisko mówi zachrypniętym głosem.
-Panna szlama. Zapraszamy.

Otwiera szerzej drzwi a kiedy przestępuje próg szybko je zamyka i popycha mnie brutalnie do przodu tak, że tracę równowagę i ląduje na posadzce z marmuru.

-Wstawaj. Czarny Pan nie będzie na ciebie czekał. 

Celuje we mnie różdżką i mówi cicho.

-Expelliarmus.
Była i już jej nie ma. Obnażona z mojej jedynej broni idę sztywno za śmierciożercą. Nie okażę więcej swojego strachu. O nie. Mijam bogaty wystrój korytarza, gdzie na ścianie widnieją portrety rodziny Malfoy'ów. Wśród nich widzę młodego arystokratę, którego oszołomiłam zaledwie kilka minut temu. Wchodzę do ogromnego salonu. Pierwszą osobą, która rzuca mi się w oczy jest niewątpliwie Voldemort. Zauważając mnie uśmiecha się szeroko i wyciąga ręce, jakby chciał mnie przytulić.
-Panna Granger. Jak miło gościć cię w naszych skromnych progach.
Wybucha zimnym śmiechem, a wtóruje mu głośno, kobieta o czarnych kręconych włosach, na której widok włosy jeżą mi się na karku. Bellatrix Lestrange. Po chwili dołączają się inni.Wśród nich z przerażeniem poznaje Macnaira, który parę lat temu był w Hogwarcie i miał ściąć Hipogryfa. Moje serce przyspiesza, a ja połykam niepewnie ślinę. Tuż obok Voldemorta zauważam równie przerażoną osobę, co ja. Jest nią Glizdogon. Animag , który posiada umiejętność zamieniania się w szczura, a którego niegdyś posiadał Ron. Krzywię się w obrzydzeniu i skupiam, więc swój wzrok na powrót na Voldemorcie i wpatruję się w czarne szparki, które przypominają oczy węża.
-Gdzie są moi rodzice? Chcę, by mój głos brzmiał twardo i pewnie, jednak jest zachrypnięty od emocji i pod koniec załamuje się nieznacznie.
Pierwsza śmiechem wybucha Bellatrix.
 -Czekają posłusznie na swoją śmierć. Może nie zdajesz sobie sprawy, ale przywróciliśmy im pamięć. Świetna zabawa. Doprawdy. Nasi goście przyjdą wtedy, kiedy Czarny Pan o tym zadecyduje. Przecież nie będzie mu rozkazywać
- tu odarowuje mnie pogardliwym spojrzeniem i mierzy od stóp do głów, postępując cały czas do przodu
- jakaś brudna szlama.
Różdżkę celuje w moją pierś i wybucha perlistym śmiechem, spluwając mi na nogi.
-Ależ droga panno Granger to dopiero początek zabawy.
Nagle, niczego się nie spodziewając słyszę matowy głos, mówiący.
-Cruciatus.
Moje ciało podnosi się niespodziewanie do góry. Czuję przeraźliwy ból palący, każdy mój mięsień i każdą moją kość z osobna. Ból rozrywa moje ciało na malutkie części, jakby ktoś kroił moje wnętrzności, by po chwili złożyć je w całość i powtórzyć całą operację. Gdzieś w oddali słyszę upiorny i rozdzierający krzyk. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że ów krzyk wychodzi z moich ust. Pragnę śmierci. Niczego, jeszcze tak bardzo nie pragnęłam. Zakończenia całego mojego życia w tej chwili. Tu i teraz. O ile wcześniej, rozrywano moje ciało, tak teraz czuję, jak cała się spalam. Po chwili, która trwa dla mnie niczym wieczność, w końcu padam na kolana.
-Czeka nas długa droga panno Granger. A ja nie mam dla ciebie wystarczająco dużo czasu..
Uśmiech Czarnego Pana jest bezlitosny i nie ma w nim ani iskierki radości. Padnięta odpływam w nicość...


                                    *************************************

-Jak mogłeś do tego dopuścić?! 

-No, byłem trochę pijany...
-BYŁEŚ PIJANY, TAK?!
-Przecież możesz jakoś temu zaradzić...
-Nie mogę Draco. Rozumiesz?! NIE MOGĘ. Nie mam żadnej koncepcji. Przykro mi, ale zniszczyłeś wszystko.
Patrzę w czarne oczy mojego mentora i nie mogę uwierzyć w prawdziwość słów, które przed chwilą padły. Po tym jak Granger mnie oszołomiła od razu wysłałem wiadomość do Snape, na którą odpowiedział w zatrważająco szybkim tempie. I oto stoi tu teraz i się nade mną pastwi. Wiem, że zawaliłem. Kur#a wiem! I teraz kompletnie nie wiem, co robić. Wyciągam papierosa z kieszeni i czekam na to, aż mój strach w końcu minie. Aż wróci błoga obojętność względem Granger. Jednak mijają chwile i tak się nie dzieje. Snape chodzi tam i z powrotem, a ja stoję oparty o framugę i przyglądam się mu, czekając na jakiś boski plan. Sam staram się wytężyć swoje szare komórki, ale w głowie mam jedynie czarną pustkę.
-Ona musi być już w Malfoy Manor.
Przez twoje zaniedbanie, Czarny Pan zmusił ją zapewne do ucieczki z bezpiecznego miejsca, by zwabić ją do siebie.
Jestem wkur#iony na siebie i swoją głupotę. Po chwili Snape podciąga rąbek szaty na ręce i mówi cichym szeptem.
 -Wzywa mnie. Zaraz się, więc dowiem.
 I znika. Znika, zostawiając mnie tu całkowicie samego...

wtorek, 19 maja 2015

Chapter IV

Cześć ludziska! To kolejny rozdział mojego opowiadania. Mam nadzieję, ze ktoś tu zagląda i czeka na dalsze losy bohaterów. W komentarzach wyrażajcie swoje myśli i zdanie na ten temat. Pozdrawiam i zapraszam do czytania! :)



Idę powoli ciemnym korytarzem delikatnie oświetlając pomieszczenie wątłym światłem mojej różdżki. Moje serce bije w zawrotnym tempie i mam wrażenie, że zaraz wyrwie mi się z piersi. Nie rozumiem czemu moim ciałem wstrząsa dreszcz, a ja sama jestem cała spięta i wystraszona.
-On zawsze był na pierwszym miejscu..
Ni stąd ni zowąd słyszę cichy syk. Rozglądam się wokoło dzierżąc jedyną broń i nadzieję - różdżkę wykonaną z winorośli, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.

-Twoje potrzeby i pragnienia zawsze były na drugim miejscu. Pan Potter najpierw musiał zadbać o swoje, nie raz kosztem Twoich i Weasleya wyrzeczeń. Jak to jest całe życie wyręczać kogoś i dbać o jego reputację, poświęcając swoją rodzinę i najwyższe wartości w życiu, panno Granger?

Jakaś niezmaterializowana do końca postać miga mi, co chwilę przed oczami, jednak nie zdążę się dobrze przyjrzeć, a już jej nie ma. Zaciskam jeszcze mocniej palce na cienkim drewnie i cały czas obserwuję otoczenie. Pot spływa mi po plecach. Zamykam oczy i próbuję z całych sił wyrzucić ten głos ze swojej głowy. Jednak on nie zważając na moje marne próby, kontynuuje swój monolog.

-Czy to nie okrutne pozbywać się swoich rodziców, tylko dlatego, że twój najlepszy przyjaciel jest Wybrańcem, który bez twojej wiedzy i umiejętności magicznych nie przeżyłby nawet jednego dnia? Czy nie ponosisz za wysokiej ceny za przyjaźń z osobą, która odbiera ci po kolei każde szczęśliwe chwile w życiu, zastępując je nowymi - gorzkimi i bolesnymi?


Chwytam się w rozpaczy za głowę i klękam na kolanach. Po moich policzkach spływają obficie łzy, jednak nie umiem, a nawet nie chcę w tym momencie nad nimi panować. Z mojego gardła wyrywa się cichy szloch. Przed oczami stają mi dwie najbliższe osoby. Rodzice. Dzień ostatniego pożegnania. Mimowolnie powracają wspomnienia, jak fala zalewają mój umysł i nie chcą opuścić mojej głowy. Czuję się przegrana, przytłoczona i pokonana.

-Nie. Proszę.. Nie.

Szepczę cicho nieświadoma wypowiadanych słów. Wtem znów odzywa się ten straszny, jadowity głos, ponawiając próby złamania mojej słabnącej silnej woli.

-A może lepiej pozbyć się Złotego Chłopca? To on zniszczył te wszystkie piękne, radosne dni, które teraz pokrywa straszny cierń i ból...

Ta straszna, zimna barwa głosu dźwięczy mi jeszcze w głowie, kiedy budzę się zlana potem w środku nocy. Widzę przerażającą pustkę i ciemność. Oddycham płytko, a moje serce wybija zatrważająco szybki rytm bicia. Galopuje jak szalone. Ściskam z całej siły białą kołdrę i próbuję uspokoić oddech. Nękana poczuciem winy i strasznymi scenariuszami, które podsuwa mi umysł kołyszę się w przód i w tył, jakby w jakimś transie. Nie mogę nad tym zapanować.. Nie jestem w stanie stwierdzić, jak długo się tak kołyszę. W końcu pokonana i wyczerpana podchodzę do drzwi. Badam ręką rzeczy znajdujące się na komodzie i znajduje świeczkę i zapałki. Następnie oświetlając sobie drogę
otwieram delikatnie drzwi i idę niczym robot do łazienki.

Nie jestem w stanie zapanować nad łzami, które na nowo pojawiają się w kącikach moich oczu. Zamykam drzwi na klucz i opieram się o nie, zjeżdżając w dół. Nie umiem poradzić sobie z tą dawką emocji, którą niespodziewanie dostałam, a którą muszę na nowo przeżywać każdej nocy. W mojej głowie pojawia się uśmiechnięta twarz Harry'ego i Rona. Mimowolnie zastanawiam się, gdzie teraz są i co robią.. W sercu czuję nagły ucisk. Nasza nierozerwalna wielka trójca została rozdzielona.

Ocieram łzy z twarzy. Wstaję z podłogi i z dziką determinacją na twarzy wychodzę z łazienki. Opanuję oklumencję i odnajdę ich. Nikt więcej nas nie rozdzieli. Bezlitosny uśmiech zakwita powoli na mojej twarzy. Nie pozwolę na wdzieranie się do mojej głowy, Nigdy więcej. Postanawiam zejść na dół z nadzieją wypicia czarnej, mocnej kawy, jednak zdaję sobie sprawę z tego, że przecież nie mamy tu żadnych zapasów. Po kolei otwieram każdą z starych, zakurzonych szafek, lecz jedyne co w nich znajduję to naczynia i sztućce. Podchodzę, więc do okna i podciągam roletę, jednak na zewnątrz panują egipskie ciemności. Musi być zatem jeszcze daleko do poranka. Wchodzę do małego, skromnie urządzonego salonu i siadam wygodnie w fotelu. Patrzę na zegar, który przestawiony przez Malfoya wybija teraz godzinę 04:26. Znużona, nie mogąc dłużej walczyć z zamykającymi się powiekami zapadam w niespokojny sen.

***************************

Zaczyna świtać, gdy przecieram zaspane oczy. Przeciągam się leniwie, gdy wtem przypominam sobie, gdzie jestem, z kim i jakie zadanie zostało przede mną postawione. Niechętnie wstaję na nogi i narzucam na siebie czarną koszulę wyszukaną w starej, brązowej szafie, ubieram jeszcze zwykłe, szare dresowe spodnie i schodzę na dół. Stwierdzam, że Granger na pewno jeszcze śpi, więc wchodząc do salonu z zamiarem udania się na zakupy przeżywam szok, kiedy dostrzegam na kanapie drobną postać gryfonki. Co prawda jej oczy są zamknięte, ale co chwilę porusza się niespokojnie, przekręcając z boku na bok.

Widząc ją w tym stanie stwierdzam, że nici z mojego planu wyskoczenia do sklepu. Przysiadam na skraju fotela i przyglądam się nieskrępowanie twarzy, którą musiałem znosić przez 6 lat nauki w Hogwarcie. Jest ona teraz bardzo zmęczona i co więcej widzę zaschnięte ślady łez na policzkach. Marszczę w konsternacji czoło i dopada mnie lekkie przerażenie. Nie mam pojęcia, jak postępować z dziewczynami. A już kompletnie nie wyobrażam sobie mojej współpracy z Granger. Tchórzę, więc i stwierdzam, że nic się nie stanie, kiedy opuszczę ją na parę minut. Przemierzam puste uliczki i kieruję się do małego warzywniaka, który znajduje się w pobliżu naszej tymczasowej posiadłości.

Zimny wiatr smaga moje policzki i w tej chwili nie pragnę niczego więcej, jak tego błogiego uczucia otrzeźwienia.Wchodzę tam i nie zwracając uwagi na ekspedientkę wymieniam rzeczy, których potrzebuję. Zawstydzona dziewczyna myli produkty, jednak w końcu udaje jej się wszystko podliczyć. Przyglądam się jej przez chwilę w zamyśleniu, a ona widząc oje spojrzenie rumieni się i spuszcza wzrok. Daję jej plik banknotów i nie czekając na resztę opuszczam mały sklepik. Chwilę później aportuję się do "domu". Granger właśnie przeciąga się na kanapie, a kiedy dostrzega mnie z siatką zakupów jej oczy delikatnie się rozszerzają.

-Rannym ptaszkiem to ty Granger nie jesteś, co? Posyła mi spojrzenie pełne wyrzutu i prycha nieprzyjemnie.
-Gdybyś oddał mi moją różdżkę zakupy już dawno leżałyby na kredensie w kuchni.
Rzucam jej cienki kawałek drewna, a ona z zaskoczeniem łapie ją w powietrzu.
-Chciałabym zacząć ćwiczyć oklumencję. Spogląda na mnie swoimi dużymi czekoladowymi oczami przewiercając mnie nimi jednocześnie. Jej mina jest poważna, a oczy nagle stają się matowe i zimne. Wow. Po raz pierwszy widzę coś takiego w wykonaniu Granger. Ugh, powiało chłodem.
-Jasne. Odpowiadam tylko i kieruję się do kuchni.
Wchodzę za nim do kuchni i rozładowuję zakupione produkty.

-Kupiłeś wódkę?!

Patrzę na niego z malującą się złością na twarzy.
-Serio Malfoy? Serio? Naprawdę nie miałeś na co wydawać pieniędzy?
Jej ton przepelnia czysta pogarda. Błąd Granger.
-To dla mnie nie dla ciebie. Szybko zabiera butelkę alkoholu i trzyma ją zaborczo w rękach. Przewracam oczami, na co on przyszpila mnie swoimi znanym mi już pogardliwym spojrzeniem stalowych tęczówek.
-Może i jesteś tą najmądrzejszą, rozsądną Granger, ale to wszystko. Nie będziesz komentować moich zachowań, bo najzwyczajniej w świecie to nie jest twoja sprawa. Zrozumieliśmy się Panno-Wszystko-Wiem-Lepiej-Od-Innych?

Wzruszam jednak tylko ramionami i szukam jajek. Udaję rozluźnioną i zrelaksowaną, a już na pewno nie pokazuję, że przejęłam się w jakimś stopniu jego uwagą bądź poczułam dotknięta. Następnie biorę się za przygotowanie jajecznicy. Malfoy stoi oparty o framugę drzwi i przygląda się moim poczynaniom, obserwując każdy mój ruch. Nie powiem,żebym czuła się komfortowo bo się nie czuję. Serce przyspiesza swoje bicie, kierując się własnymi odczuciami i w zupełności ignoruje głos rozsądku, który karze mu zaprzestać nadmiernym emocjonowaniem się obecnością ślizgona.
-Jeśli i tak nic nie robisz, tylko bezczynnie stoisz to chociaż rozłóż naczynia.
Warczę na niego wytrącona z równowagi, kierując w niego całe moje skrępowanie i złość. On jednak pozostaje głuchy na moje słowa i nadal stoi w bezruchu. Odwracam się do niego i zakładam buntowniczo ręce na biodra.

-Zamierzasz tak po prostu sobie stać, kiedy ja będę odwalać nasze śniadanie?
Tak, wiem, sama go prowokuję, ale nie mogę dłużej znieść tego jego palącego wzroku, który przewierca mnie na wylot. Cięzko nie zostać wytrąconym z równowagi, kiedy musi się mieszkać sam na sam z przystojnym arystokratą, darzącym nienawiść osoby mojego pokroju.
-Kiedy chcesz potrafisz być naprawdę upierdliwa Granger. No chyba, że taka jesteś po prostu na co dzień.
Odpowiada mi ze złośliwym uśmieszkiem i wychodzi z kuchni.Śniadanie spożywamy w zupełnej ciszy.


Granger ledwo skubie swoją porcję, gorączkowo nad czymś rozmyślając. Widzę, że prowadzi ze sobą jakąś wewnętrzną bitwę, jednak w żaden sposób tego nie komentuję. Postanawiam wyprowadzić lekko z równowagi panią perfekcjonistkę i przesuwam swoją nogę po jej nodze. Widzę jak oczy się jej rozszerzają i chwilę później patrzy na mnie szeroko otwartymi oczami, w których zaczyna malować się złość, kiedy zauważa, że praktycznie krztuszę się ze śmiechu.
-Poczucie humoru na iście wysokim poziomie panie Malfoy.
Syczy oblewając się uroczym rumieńcem. Stop.Cofnij. Wróć. Oblewając się obrzydliwie kompromitującym rumieńcem.
-Podobnie jak cała twoja rodzina.
Dodaje jeszcze i wstaje od stołu, zabierając swój talerz i kierując się w stronę kuchni.

Patrzę na jej sylwetkę, która kusi mnie swoim wyglądem. Wyciągam papierosa z kieszeni i od razu moje samopoczucie się poprawia, czując znajomy zapach tytoniu w powietrzu. Idę za nią, nie mogąc się powstrzymać i staję tuż za jej plecami, a kiedy się do mnie odwraca dmucham jej dymem prosto w twarz. Ona zaczyna się krztusić, a ja obdarzam ją jednym ze swoich zawstydzająco-uwodzicielskich uśmiechów. Granger zaciska rękę w pięść, a ja na wszelki wypadek postępuje krok do tyłu, pamiętając doskonale jej znakomity prawy sierpowy w czwartej klasie. Widząc moją reakcję odzyskuje nieco swoją bardzo irytującą pewność siebie i uśmiecha się z politowaniem, przybierając bojowy nastrój.

-Chcę w końcu zacząć ćwiczyć.
Krzywi się nieznacznie. No tak. Typowa Granger. Kontynuuję zabawę w Wytrąć-Granger-Z-Równowagi-w-5-minut i szczerzę się do niej szeroko mówiąc.
-Jasne Granger. Jaką pozycję chcesz najpierw wypróbować? Misjonarską, na jeźdźca czy może...
W tym momencie nie dane jest mi wymienić kolejnego przykładu, bo Granger z furią na twarzy przykłada mi rękę do ust. Wpadam na genialny pomysł nr 134949030 i zaczynam lizać ją po dłoni. Odskakuje ode mnie jak oparzona, a ja wybucham drwiącym śmiechem.
-Łatwo wyprowadzić cię z równowagi Granger. Chyba musimy nieco ujarzmić twój wybuchowy temperament.

Szczerzę się do niej, ukazując rząd białych, jak śnieg zębów. Ona jednak wzdycha tylko cichutko, zaciska usta w prostą linię i mówi cichym, poważnym głosem.
-Nie żartuję Malfoy. Tracimy tylko cenny czas!
-Ależ ja również mówię całkiem serio. Praktyka czyni mistrza Granger. Możemy zacząć od zaraz! Puszczam jej oczko, a ona rozjuszona moją bezczelnością prycha w zdenerwowaniu.
-Dobra, już dobra. Od teraz będę grzeczny.
Swoją lewą rękę kładę w okolicach sercach i szczerzę się głupkowato.
-Och, nienawidzę cię Malfoy!

Niezdarnie próbuje mnie wymijać, a ja widząc kształtujące się gdzieś w kącikach oczu łzy upokorzenia, chwytam ją za rękę i delikatnie wycieram.
-Okay. Już.
Dziewczyna odwraca szybko wzrok i usilnie próbuje nie patrzeć mi w oczy. Puszczam jej rękę i zaczynam cicho instruować.
-Musisz pozbyć się wszelkich emocji. Wycisz się..
Zamknęłam oczy. Głoś Malfoya był cichy i spokojny. Starałam się wyrzucić ze swojej głowy jego delikatne spojrzenie, gdy ocierał moją łzę z policzka. GRANGER! Opanuj się do cho#ery. No więc na czym to skończyłam? Ach tak.. Byłam spokojna.
-A teraz przygotuj się. 3...2...1... Legilimens!
Hermiona jako mała dziewczynka żegna się z rodzicami na peronie. Jest jej smutno, a oczy same się szklą, lecz z drugiej strony jest niesamowicie podekscytowana. Siedzi na krześle a tiara na jej głowie krzyczy : -Gryffindor! Dziewczyna zbiega po schodach i ląduje w objęciach Potter'a a chwilę później dołącza do niego Weasley. Na najwyższym schodku całą sytuacje obserwuje mała Weasley'ówna. Granger i Potter stoją razem trzymając zmieniacz czasu (?!) i cofają się w przeszłość. Biegną ile sił w nogach, a jej serce bije w zatrważającym tempie. Granger siedzi na błoniach, kiedy nagle podchodzi do niej Krum i zabawia słodką gadką na podryw. Uśmiecha się do niego niepewnie i czuje się bardzo niekomfortowo. Jej wspomnienia przelatują mi w głowie błyskawicznie, kiedy słyszę głos dziewczyny.

-Stop! Z różdżki Granger'ówny wydobywa się ledwie widoczny snop iskier i pada ona na ziemię oddychając ciężko.
-Mieliście zmieniacz czasu?
Patrzę na nią z wyrzutem a ona po chwili odpowiada niepewnie.
-Dostaliśmy pozwolenie od profesora Dumbledore'a.
Mówi cicho i stara się unormować oddech.
-Jeszcze raz.
Mówi zdecydowanym tonem i stoi z wyciągniętą różdżką.
-Postaraj się odrzucić mnie swoim mózgiem, wtedy nie będziesz musiała używać różdżki.
Mówię cicho, a ona pokornie kiwa głową.
-3..2...1...Legilimens!
Granger stoi w pokoju wspólnym,a wokół wszyscy wiwatują i śpiewają. I wtedy dostrzega rudego obrońcę Gryffindoru, na którego szyję zarzuca się dziewczyna o kręconych włosach i całuje go namiętnie w usta. Czuje przeraźliwy ból i w pośpiechu opuszcza pokój wspólny gryfonów, a po jej policzkach spływają łzy. Przechadzają się z Potterem po błoniach.
-Herm..Wierzysz, że to nie ja wrzuciłem swoje nazwisko do czary, prawda?
-Harry... Nie jesteś głupi. Oczywiście, że ci wierzę! Jak możesz tak myśleć!
Przytula go niepewnie. Obraz rozmazuje się. Stoją we trójką w chatce u Hagrida zakryci peleryną niewidką i wstrzymują oddechy z przerażeniem widząc skierowane spojrzenie Umbridge w ich stronę... Wspomnienia rozmazują się, a ja ponownie stoję w małym, teraz jasno oświetlonym pomieszczeniu , dzięki wschodzącemu za szybą słońcu. Powoli dostrzegam w tej dziewczynie drugą osobę, której wcześniej przez lata nauki w Hogwarcie nie zauważałem bądź nie chciałem zauważyć przez skierowaną w jej stronę nienawiść. Przyglądam się jej uważnie a na wspomnienie, obejmującego jej ciało bólu na widok tego rudego Weasley'a ogarnia mnie złość.

-Ja.. Chyba jestem w tym beznadziejna.
-Nie od razu Bank Gringotta zbudowano.
Uśmiecham się do niej. -Chodź. Czas się zrelaksować. Żartowałem przecież. Tak naprawdę poczęstuję cię moją piękną zdobyczą. Widząc je sceptyczną minę obdarzam ją szerokim
uśmiechem.
-Nie daj się prosić Granger. Kładę na małym drewnianym stoliku dwa kieliszki i polewam. Dziewczyna bierze do ręki swoją porcję i upija łyk zapadając się w starym fotelu.

-Chyba rzeczywiście tego było mi trzeba. Stwierdza po chwili i uśmiecha się niepewnie. Kiedy widzę, że opróżnia już 4 kieliszek zdobywam się w końcu na odwagę. Wpatruję się w nią uważnie i pochylam do przodu.
-Po co był wam potrzebny zmieniacz czasu?
Świdruję ją wzrokiem, ona jednak wzrok odwraca.
-Ja nie powinnam ci nic na ten temat mówić. To nasza tajemnica, ja...
-Oj przestań Granger. Było minęło a teraz jesteśmy tu sami. Nikt się nie musi o tym dowiedzieć. Teraz to będzie nasz mały sekret.
Podchodzę do niej i wiem, ze zachowuję się jak skończony dupek, ale dolewam jej jeszcze trochę alkoholu i patrzę w brązowe oczy, które powoli poddają się mojemu wzrokowi (czyt. urokowi osobistemu) i w końcu Granger przemawia.
-My cofnęliśmy się wtedy, żeby uratować Syriusza. Syriusza Blacka. Ojca chrzestnego Harry'ego. Dziewczyna patrzy mi prosto w oczy, a mi teraz nagle wszystko układa się w głowie w jedną spójną całość.
-To dlatego uciekł! Wiedziałem, ze coś mi tam śmierdzi.
-Zagrajmy w grę Malfoy.
Patrzę na nią z zaciekawieniem.
-No, kontynuuj Granger. Jaką to grę chcesz mi zaproponować?
Uśmiecham się nieco ironicznie, czekając na odpowedź. Może być zabawnie.
-To taka mugolska zabawa. Prawda czy wyzwanie.
-Dobra. Wchodzę w to Granger. Ja pierwszy! Prawda czy wyzwanie?
Dziewczyna wzdycha i mówi cichym nieco bełkotliwym głosem. -Prawda.
Mój mózg pracuje na najwyższych obrotach. W końcu siadam na przeciwko niej i pytam.
-W jaką misję miałaś ruszyć z Potterem i Weasleyem?
Patrzę na nią badawczo, a ona kieruje na mnie oskarżycielski wzrok.
-To nie fair Malfoy!
-Całkiem fair!
Oburzam się na tę znieważającą uwagę.
-Nie ustalaliśmy reguł. Gra to gra, prawda?
-Horkruksy. Mieliśmy znaleźć horkruksy Malfoy. 
Mówi z udręczoną wręcz cierpiętniczą miną, a ja żałuję, że tak ją potraktowałem. Już drugi raz.
-Horkruksy?
-To już drugie pytanie! A teraz moja kolej. Prawda czy wyzwanie?
Patrzę na niego jednak mój wzrok staje się rozbiegany. Boże, co ten chłopak ze mną robi. Granger. Przywołuję Cię do porządku!
-A co mi tam. Wyzwanie!
Patrzę na niego przez chwilę, jednak alkohol, który płynie w mojej krwi dodaje mi odwagi i po chwili słyszę własne słowa :
- Pocałuj mnie. - po których zapada cisza.

Patrzę na blondyna , który siedzi przez chwilę na swoim miejscu, a następnie podnosi się i podchodzi do mnie po czym biorąc mnie za rękę (o dziwo, jestem w stanie jeszcze stać na własnych nogach, chociaż po takiej ilości alkoholu, którą we mnie wlał powinnam już dawno spać w kącie) przytrzymuje mój podbródek, a ja rozpływam się pod wpływem jego spojrzenia. On jednak długo się ze mną nie drażni i chwilę później wtapia swoje usta w moje. Zarzucam mu ręce na szyję i wplatam swoje dłonie w jego blond włosy, a on przyciska mnie do siebie mocniej. Mój oddech staje się coraz szybszy a chłopak ściska delikatnie mój pośladek, na co w odpowiedzi z moich ust wydobywa się cichy jęk.


Co ty do cho#ery Mafoy robisz?! To pytanie dźwięczy mi w uszach kiedy kładę delikatnie dziewczynę na kanapie i obdarowuję jej szyję pocałunkami. Dziewczyna przyciąga mnie do siebie jeszcze mocniej i całuje namiętnie drażniąc moje zęby swoim językiem. Widzę, jak jej klatka piersiowa szybko się unosi, a jej ręka mocno zaciska się na mojej koszuli. Czując ją pierwszy raz tak blisko siebie wdycham jej piękny kwiatowy zapach i otwieram szeroko oczy. Dziewczyna zarzuca mi ręce na szyję i przyciąga mnie kurczowo do siebie, a z jej gardła wydobywa się cichy szloch. Patrzę na nią niepewnie, a ona mówi cicho.
-Zostań ze mną tej nocy.. Proszę..

Jestem, jak sparaliżowany. Wpatruję się w jej rozbiegane oczy i mam wrażenie, że alkohol opuszcza już moje ciało. Dziewczyna wspina się delikatnie na moje kolana i z zadziwiającą gwałtownością wpija się w moje usta. Nie pozostaję jej dłużny i z równą gwałtownością oddaje jej pocałunek.
-Kur#a. Granger. Nie możemy...

Dziewczyna jednak pozostaje głucha na moje protesty, więc znów do niej przylegam. Znów nie mogę się jej oprzeć. Jednak po chwili odsuwa się ode mnie i patrzy, jakby niepewna, co tu robi i co się z nią dzieje. Biorę ją na ręce, a ona po chwili zamyka oczy. Zabieram ją do jej sypialni i tam układam na łóżku. Nie chcę na razie myśleć o tym co się wydarzyło, bo najzwyczajniej w świecie mnie to przeraża. Kładę się obok niej i patrzę jak równo oddycha. Jest taka drobna. Po jakimś czasie sam zasypiam zmożony przez natłok wydarzeń dzisiejszego dnia.

poniedziałek, 18 maja 2015

Chapter III

Moje dłonie zaczynają się powoli pocić. Sam nie rozumiem własnej reakcji, ale przyznam, że zaczynam się denerwować i niepokoić spotkaniem z Granger. Jakby czytając w moich myślach Snape mówi uprzedzającym tonem. 
-Ja nie zamierzam tam wchodzić.
Ręce podnosi w obronnym geście i dodaje. 
-Panna Granger nie może wiedzieć, że tu byłem. Patrzę zdezorientowany. Hola, hola! Nie tak się umawialiśmy. Posyłam mu pełne wyrzutu spojrzenie i zakładam buntowniczo ręce na piersi. Wiem, że zachowuję się, jak dzieciak, ale starcie z Granger zaczyna powoli mnie przerastać. 
-Nie zapominaj, że ona nie umie bronić się przed atakami Czarnego Pana. Dwie przecznice stąd jest malutki domek z czerwonej cegły. Poznasz go od razu, bo jest opuszczony i od dawna nikt w nim nie mieszka. Dodatkowo porasta go z każdej strony bluszcz. Pamiętaj, że musisz ją oszołomić. Granger w chwili szoku może nawet się przetransportować. Później musisz ją ze sobą połączyć, a do czasu, gdy stuprocentowo nie zdobędziesz jej zaufania nie możesz tego odwołać. Zrozumieliśmy się Draco? 
Widzę jego badawcze spojrzenie, którym mnie lustruje, więc zrezygnowany kiwam głową. 
-No to do... - Czekaj! 
Wołam jeszcze i patrzę prosto w czarne jak węgiel oczy mojego opiekuna. 
-Czy.. - Głos mi lekko drży, więc chrząkam niepewnie i dodaje. -Jak zabezpieczyłeś umysł mojej matki przed Czarnym Panem? Odwracam wzrok, bo nie mam zamiaru w tym momencie znosić pełnego współczucia spojrzenia, którym zapewne teraz obdarza mnie Snape. 
-Dostała eliksir zapomnienia..Poprosiła o najmocniejszą, niewyleczalną dawkę Draco.. 
Wyciągam papierosa z kieszeni i powoli go zapalam. 
-Chyba powinieneś już iść. -Mówię powoli, cedząc każde słowo. Snape stoi jeszcze chwilę po czym odwraca się i mówi. 
-Wierzę w was.. 
Nie jestem jednak pewny, czy po prostu tego sobie nie wyobraziłem,tak szybko znika, a chwilę później zdaję sobie sprawę, że zostałem  zupełnie sam. Mam ochotę krzyczeć i kopać wszystko wokoło. Rzucam niedopalonego papierosa i wchodzę do domu Granger. Stoi właśnie tyłem do mnie i odwraca się momentalnie a ja mówię cichym, lecz wyraźnym głosem. 
-Drętwota. 
Jej wielkie oczy rozszerzają się w zdumieniu i przerażeniu, a chwilę później pada na podłogę. Ułamek sekundy i już nas tam nie ma. Idę szybkim sprężystym krokiem i w końcu dostrzegam owy domek, o którym wspominał mi Snape. Trzymając Granger na rękach szybko pokonuję dystans dzielący mnie od drzwi starego domu i zamykam je szybko, kładąc dziewczynę na pobliskiej kanapie. No tak, Granger nieprzytomna, więc ja muszę zadbać o zabezpieczenie tego rupiecia, w którym będziemy musieli odtąd mieszkać. Wzdycham zniesmaczony, jednak biorę się do roboty. Chwytam za różdżkę i mruczę zaklęcia ochronne. Kiedy w głowie wykańczają mi się pomysły chowam ostrożnie różdżkę i wyruszam na zwiedzanie budynku. Ledwie jednak robię krok do przodu, a słyszę ciche westchnięcie Granger. Odwracam się powoli i zakładam ręce na piersi, czekając na jej nerwowy wybuch. Widzę w jej oczach chwilową dezorientację, którą zastępuje dzika furia. Dosłownie dzika furia. Rozgląda się wokoło, a kiedy napotyka mnie w kącie, wstaje zwinnym, szybkim ruchem i przykłada mi palec do klatki piersiowej. 
-Ty...Ty, Ty...! Wredny szowinistyczny dupku! Myślisz, że możesz ze mną robić, co ci się żywnie podoba?!
 Jej oczy zwężają się niebezpiecznie, a ja dziękuję Bogu, ze jej różdżka znajduje się w mojej kieszeni. 
-Myślę,że te słowa są zdecydowanie przesadzone panno Granger. Silę się na spokojny i delikatny ton, jednak w głębi duszy jestem przerażony nieujarzmioną gryfonką.
 -Ja nie wiem, jak mogłeś mi to zrobić Malfoy! 
Grangerówna przemierza pokój niczym tornado, a ja mogę tylko stać i modlić się, żeby ten atak jej przeszedł.
Doprawdy! Czy on do reszty skretyniał?! Sięgam do tylnej kieszeni spodni i z przerażeniem stwierdzam, że brakuje tam mojej różdżki. Odwracam się na pięcie w stronę Malfoya, a chłopak widząc moją grobową minę powoli wycofuje się w głąb korytarza.
-Jeśli.W.Tej.Chwili.Nie.Dostanę.Mojej.Różdżki.Osobiście.Cię.Uduszę. 
Cedzę każde słowo wyraźnie, by ten perfidny cynik zrozumiał, że nie żartuję.
 -Natychmiast!! -Kiedy nie mogę ! Jesteś teraz zagrożeniem dla Pottera Granger! Nie mogę ci inaczej pomóc, jak tylko w ten sposób. 
Skretyniał do reszty. Zdecydowanie. Teraz mam przynajmniej pewność. 
-Ty chyba się nie słyszysz Malfoy. Poza tym ciebie najmniej powinno obchodzić bezpieczeństwo Harry'ego!! CHCĘ. MOJĄ. RÓŻDŻKĘ !!!
-Pani kultura osobista przyprawia mnie o zawał serca. Siadaj Granger, uspokój się, a ja ci wszystko wyjaśnię. Obiecuję, że będę szczery. Naprawdę nie mam zamiaru nic przed tobą ukrywać. I uwierz mi, że to nie był mój pomysł i jestem podobnie, jak ty zniesmaczony całą tą sytuacją. 
Wzdycham niechętnie, ale odpuszczam. Czerwienię się nieznacznie i przeklinam w myślach za swój nieokiełznany temperament. Zapadam się w jednym ze starych foteli i wpatruję wyczekująco w ślizgona. 
-Miewałaś ostatnio jakieś dziwne, nietypowe sny?
 Chłopak patrzy na mnie cierpliwie i bynajmniej nie robi sobie żartów, a nawet zaciekawiony pochyla się do przodu i przewierca mnie swoimi platynowostalowymi oczyma.
 -Nietypowe sny? Pytam głupkowato. -No wiesz.. Może fantazjowałaś o mnie, a później śniłem ci się, jako ucieleśnienie twych marzeń.
 Prycham i z całej siły rzucam w niego starą, zakurzoną poduszką, jednak chłopak  uchyla się i wybucha śmiechem. Po chwili jednak poważnieję i jestem mu nawet wdzięczna, że rozładował napięcie, które nas nie opuszczało odkąd się obudziłam. Nie muszę zastanawiać się nawet nad odpowiedzią, bo stwierdzam, że musi chodzić mu o TE sny. Żadne inne. 
-Kontynuuj. Mówię cicho i spuszczam wzrok na swoje dłonie. 
-Mamy podejrzenia, a raczej sprawdzone informacje, że Czarny Pan chce zawładnąć twym umysłem i tak go przeformować byś stała się narzędziem do zgladzenia Pottera. 
Kończę to zdanie powoli i czekam, aż dziewczyna podniesie na mnie spojrzenie swoich czekoladowych oczu. Ona jednak uparcie patrzy w dół. 
-Ty chyba sobie żartujesz.. 
Szepcze delikatnie poruszając ustami, a kiedy nagle podnosi glowę do góry, widzę  malujące się na jej twarzy przerażenie. Widzę, że szuka zaprzeczenia, ironii , a nawet słabego żartu w wyrazie mojej twarzy, a kiedy niczego takiego nie dostrzega, próbuję ją nieco pocieszyć. Nie wiem, czemu nagle bardzo zależy mi na tym, by na jej oszołomionej twarzy zakwitł prawdziwy, szczery uśmiech.
 -Pomogę ci, ucząc cię oklumencji. Dopóki nad tym nie zapanujemy, niestety nie będę mógł cię od siebie odłączyć. Dziewczyna kiwa szybko głową i mówi, jakby sama do siebie. 
-Tak.To najlepszy pomysł.. W tej sytuacji, nawet bym im nie pomogła, wręcz przeciwnie.. 
Widzę, jak prowadzi ze sobą wewnętrzną bitwę i zaczyna powoli chodzić po pokoju. 
-Musimy zrobić jakieś zapasy jedzenia. Trochę tu ogarnąć, bo w tym syfie nie da się przecież żyć. 
Rozglądam się zaciekawiona. 
-Ale jak na razie jest już dość późno, więc najlepiej będzie jeśli po prostu położymy się spać. 
Zmęczona niespodziewanymi wydarzeniami dzisiejszego dnia, kieruję się po schodach w górę i słyszę za sobą szuranie butów Malfoya. Czuję na sobie jego badawcze spojrzenie i zaczynam się rumienić. Do czego to doszło! Ja i Malfoy w jednym domu! Kręcę głową i stawiam nogę na ostatnim schodku. Chłopak oświetla korytarz, w którym się znaleźliśmy i otwiera po kolei wszystkie drzwi. 
-Okay, no to ja zajmuję łazienkę. Uśmiecham się szeroko i znikam za stabilnymi, mahoniowymi drzwiami. Opieram się o umywalkę i wpatruję w swoje odbicie w lustrze. 
-W coś ty się wpakowała Granger. 
Szepczę cicho i patrzę w bezradne brązowe oczy, które przewiercają mnie na wylot. Opłukuję twarz zimną wodą i wskakuję pod prysznic. Gorąca woda koi moje poszarpane nerwy i zmysły. Parę minut później zmęczona i wykończona wychodzę z łazienki w samym ręczniku i wpadam wprost na rozbudowaną sylwetkę blondyna. 
-Chcesz mnie uwieść Granger? Zmieniasz taktykę? 
Chłopak lustruje mnie od stóp do głów.  -Postaraj się bardziej. Szepcze mi do ucha. -Och, spadaj! Odpycham go od siebie w moim mniemaniu brutalnie i choć jestem czerwona, jak burak wymijam go z wysoko podniesioną głową, trzaskając wymownie drzwiami. Moje serce bije, jak szalone, lecz za nic w świecie nie mam zamiaru przyznać się do tego, że takie uczucia wywołała we mnie postać syna Malfoyów. Kładę się na wysokim, małżeńskim łożu i szybko odpływam w upragniony sen...

niedziela, 17 maja 2015

Chapter II

Teleportujemy się bez najmniejszego problemu. Snape, jako jeden z najważniejszych i najwyżej postawionych w hierarchii sługusów Voldemorta - jest nietykalny w ich szeregach. A raczej w naszych szeregach.. Myślę z przekąsem i krzywię się nieznacznie. Rozglądam się niepewny, gdzie mógł nas przetransportować opiekun mojego domu, wyobrażając sobie wiele mrocznych scenariuszy, z którymi miałbym się zmierzyć, a widząc mugolskie budynki i rojących się wokół mugoli prycham nieznacznie. 
-Chcesz mi powiedzieć, że umieścisz mnie  -macham ręką na wszystko, co nas otacza i kończę swoją wypowiedź z przesyconą dawką pogardy w głosie - między mugolami?
Patrzę na niego z niedowierzaniem i parskam nieprzyjemnie.
 -To jest twój wielki plan Snape?
On jednak nie daje się sprowokować nawet wtedy, gdy zwracam się do niego po nazwisku. Mistrz samokontroli. Odwraca się do mnie powoli i zmęczonym głosem, pocierając czoło,a przy tym kompletnie wprawiając mnie w zdezorientowanie mówi powoli i chłodno,wyraźnie wymawiając każdy wyraz, jakby zwracał się do pięcioletniego dziecka.
 -Nie zapominaj o Granger. Ona też jest w tym "wielkim" planie Malfoy.
Następnie odwraca się na pięcie i dodaje.
-Nie mam zbyt wiele czasu na was. Pokażę wam ewentualne miejsce waszego tymczasowego, jak mniemam ulokowania i znikam. W żaden sposób nie próbuj się ze mną kontaktować. Wszelkie próby kontaktu mogą być przechwycone przez Sam-Wiesz-Kogo. Co do panny Granger... Jak zapewne przekazała ci matka, nie możesz dopuścić do tego, żeby cię opuściła. Jak się domyślam będzie ona teraz twoim największym wyzwaniem, ale pamiętaj, że pod żadnym pozorem, nie możesz dopuścić do tego, by wpadła w niepowołane ręce. Czarny Pan ma teraz własny plan, który zamierza wcielić w swoje życie i w ten sposób dopaść Pottera.
Mówi to wszystko praktycznie na jednym wydechu, a ja choć w małym stopniu próbuję ogólnikowo wyłapać sens jego słów. Z przykrością jednak stwierdzam, ze nic z tego nie rozumiem i mam ochotę wykrzyczeć mu to prosto w twarz. Sfrustrowany przeczesuje palcami włosy i próbuję się skupić.
-Jak na razie najlepszą alternatywą w tejże sytuacji będzie ich rozdzielenie. Tak więc Granger nie może trafić do Nory Weasley'ów, by stamtąd wyruszyć w wielką misję, którą planują. Stała się ona ważnym pionkiem w grze, a ty Draco Malfoy masz za zadanie, chronić jej osobę przed schwytaniem. Granger jest teraz twoją największą bronią, jednocześnie stała się czymś na kształt przepustki do zawładnięcia nad światem czarodziejów przez Czarnego Pana. -Co mam przez to rozumieć? Jak mam zapanować nad czymś, czego w tej chwili nie próbujesz mi nawet w małym stopniu wyjaśnić? -Patrzę na niego z nieukrywaną irytacją i podnoszę nieznacznie głos, by dać upust swoim emocjom. 
-Czarny Pan po raz kolejny będzie chciał spróbować przejąć kontrolę nad umysłem. Snape zatrzymuje się i patrzy mi prosto w oczy. Jest opanowany i spokojny. Mówi powoli i widzę, że stara się bym wszystko pojął jak najszybciej. Sprawdza nerwowo zegarek i kontynuuje z cichym westchnieniem. 
-Pokazał, że umie sobie z tym radzić z dość dobrym skutkiem. Chce zrobić z Granger maszynę, która zabije nieświadomego Pottera. Najpierw będzie chciał ją schwytać, by dręczoną i torturowaną, a wreszcie zmienioną i przepełnioną nienawiścią do Wybrańca rzucić w wir walki. Jeśli nie uda mu się jej schwytać, jego planem alternatywnym będzie dręczenie jej w snach. Czarny Pan jest mistrzem manipulacji.. Nie mogę wam pomóc, ale ciebie uczyłem oklumencji i powinieneś sprostać wyznaczonemu zadaniu. Musisz podszkolić pannę Granger w zamykaniu swego umysłu. Jednocześnie jego poplecznicy nadal będą szukali Pottera próbując udaremnić wszelkie jego próby zwyciężenia Czarnego Pana. Czas nas goni. Musimy się tam zjawić przed śmierciożercami.
Snape odwraca się na pięcie i staje przed małą kamieniczką. -To tutaj.

Chapter I


-Odnajdź ją i zdobądź jej zaufanie synu. To kobieta, ma uczucia. Nie spotkałam się jeszcze z żadną, która oparła by się Twojemu wrodzonemu wdziękowi.
Kobieta śmieje się delikatnie, a w jej oczach oprócz malującego się przeraźliwie zionącego smutku dostrzegam błysk rozbawienia.

-Ona pomoże Ci przetrwać Draco.
Matka ściska mi mocno dłoń, lecz tak naprawdę nie czuję tego. Jest słaba i wątła. Tak.. Narcyza Malfoy jest słaba i wątła. Uderzam dłonią w pobliski stolik i wstaję z fotela.

-Nie zostawię cię tu samej. A już na pewno nie po to, by ruszać po tą szlamę i próbować znaleźć z nią wspólny język. Cho*era, naprawdę śmieszne.

Patrzę bezradnie na jedyną osobę, która wzbudza we mnie respekt i która wywołuje w zepsutym Ślizgonie prawdziwe uczucia.

-Draco, musisz ją zdobyć, nim dopadnie ją Czarny Pan. Z jakiegoś powodu jest ona teraz bardzo cenna dla niego. Musisz pokrzyżować mu plany Draco!

W jej oczach widzę dziką determinację. Narcyza Malfoy nigdy nie odpuszcza. Wie, że choć jest to wbrew mnie, zrobię to z miłości do niej.

- Nie możesz skończyć tak, jak ja i twój ojciec. Mój czas dobiega końca. To moje ostatnie życzenie. Pamiętaj o lekcjach oklumencji z profesorem Snapem. On sam pomoże ci się stąd wydostać. Wierzę, że sobie poradzicie. A teraz biegnij Draco! Już!

-Matko.. – szepczę bezradnie, podbiegam do niej i z namaszczeniem całuję jej delikatną, kruchą dłoń.

-Severus na ciebie czeka…
Po jej policzku spływa łza, jednak po twarzy błąka się delikatny uśmiech.
-Kocham cię synu.
Wybiegam, nie mogąc dłużej na nią patrzeć. Nie zdaję sobie sprawy, że płaczę dopóki Snape odwraca nieznacznie wzrok.
-Już czas Draco…

Hej wszystkim!

Na tej stronie będę umieszczać krótkie wpisy związane z Hermioną i Draco. Tzw blog Dramione. Liczę na to, że nie zanudzę Was swoimi opowiadaniami, a może nawet zafascynuję i zaciekawię? Kto wie. Czekam w komentarzach na Wasze opinie i rady! Cześć wszystkim ! :)