Budzę się wyrwana z spokojnego snu, czując na mych ustach dwa palce. Stalowe tęczówki wpatrują się we mnie ostrzegawczo, a ja zaplątana w nogi blondyna oblewam się rumieńcem. Chłopak świeci różdżką i uśmiecha się kpiąco, co w rezultacie powoduje, że mój rumieniec staje się jeszcze bardziej purpurowy (o ile to jest możliwe w ogóle).
-Ktoś tu jest. Mówi cichym szeptem chłopak, wpatrując się w drzwi.
-Leż tu, ja sprawdzę.
Gdy tylko kończy zdanie, drzwi otwierają się z impetem, a moje serce bije tak szybko, że kiedy zauważam kto wtargnął do pokoju - zamieram w bezruchu. Otwieram usta, lecz żaden dźwięk się z nich nie wydobywa. Patrzę wprost w tak dobrze znane mi zielone i brązowe oczy i wciągam haust powietrza.
-H-h-hermiono..
Ron wskazuje na mnie swój oskarżycielski palec, a ja w stanie zawieszenia nie mogę oderwać od nich wzroku. Widzę uczucia malujące się na ich twarzach. Od szoku poprzez niedowierzanie, ból, odrzucenie i gniew.
-Ja..
-TO MY SZUKAMY CIĘ NA KAŻDY MOŻLIWY SPOSÓB, MODLĄC SIĘ ŻEBYŚ ŻYŁA I BYŁA CAŁA, A TY.. TY.. TY SYPIASZ SOBIE W NAJLEPSZE Z TYM CYMBAŁEM, KTÓRY PRZEZ 6 LAT NAUKI W HOGWARCIE KPIŁ SOBIE Z CIEBIE I WYZYWAŁ OD SZLAM?!
-To nie tak Ron..
Zasłaniam oczy rękami i pragnę uciec w tej chwili, jak najdalej stąd. Harry nie wypowiedział jeszcze ani słowa. Po prostu patrzy na mnie wzrokiem pełnym obrzydzenia. Wycieram łzy, które formują się powoli w kącikach oczu i prawie zrzucając z siebie Malfoya, na chwiejnych nogach podchodzę do osób, dla których zrobiłabym wszystko.
-Nawet się nie zbliżaj!
Ron postępuje krok do tyłu w ręku dzierżąc różdżkę, jakbym była dla niego wrogiem, czymś co musi zniszczyć.
-Harry...
Odwracam głowę w kierunku Wybrańca, chłopaka o złotym sercu i widzę, że próbuje, naprawdę próbuje zrozumieć sytuację, ale nie umie w żaden sposób sobie tego wytłumaczyć. Zresztą... Czy można wytłumaczyć to, w jakikolwiek inny sposób? Przecież mają rację!
-Błagam, wysłuchajcie mnie..
-Wiesz Hermiono, chyba powitanie, które nam zafundowałaś raczej nie wymaga komentarza. Bawcie się dalej. Na nas chyba pora Harry, prawda? Bo my w przeciwieństwie do ciebie, walczymy o każdy dzień.. Wypełniamy ostatnią wolę Dumbledore'a!
Błagam! Nie! Myślę, lecz z mych ust nie wydobywają się żadne słowa. Czuję pustkę.. Mam wrażenie, że grunt usuwa mi się spod nóg, a ja nie mogę w żaden sposób zareagować ani temu zapobiec.
-Upiłem ją.
Obok mnie staje Malfoy. Nawet w zwykłych bokserkach z dumnie wypiętą klatką piersiową , prezentuje się, jak prawdziwy arystokrata.
-Ona niczemu nie była winna. Poza tym, sam ją uprowadziłem. JA. Słyszycie? Ja to zrobiłem i związałem ją ze sobą zaklęciem. Koniec historii. Ta dam. Jeśli chcecie usłyszeć całość musicie się uspokoić. Bo nie zamierzam rozmawiać z szalonym psychopatą, umierającym z zazdrości, że to ja spałem z Granger. A nie ty Weasley. Mężczyzna od siedmiu boleści. To chyba upokarzające Weasley, prawda? Ty miałeś na to 6 lat, ja w zaledwie kilka nocy...
Nie kończy zdania, bo pięść Rona ląduje na jego szczęce. Malfoy prycha lekceważąco. Strużka krwi spływa mu po twarzy, a Ron cały czerwony na twarzy cedzi przez zaciśnięte zęby.
-Zamknij się w tej chwili Malfoy.
Widzę, jak ten drugi wyciąga różdżkę, więc szybkim krokiem staję między tą dwójką.
-Stop, stop, stop. -Ktoś tu jest. Mówi cichym szeptem chłopak, wpatrując się w drzwi.
-Leż tu, ja sprawdzę.
Gdy tylko kończy zdanie, drzwi otwierają się z impetem, a moje serce bije tak szybko, że kiedy zauważam kto wtargnął do pokoju - zamieram w bezruchu. Otwieram usta, lecz żaden dźwięk się z nich nie wydobywa. Patrzę wprost w tak dobrze znane mi zielone i brązowe oczy i wciągam haust powietrza.
-H-h-hermiono..
Ron wskazuje na mnie swój oskarżycielski palec, a ja w stanie zawieszenia nie mogę oderwać od nich wzroku. Widzę uczucia malujące się na ich twarzach. Od szoku poprzez niedowierzanie, ból, odrzucenie i gniew.
-Ja..
-TO MY SZUKAMY CIĘ NA KAŻDY MOŻLIWY SPOSÓB, MODLĄC SIĘ ŻEBYŚ ŻYŁA I BYŁA CAŁA, A TY.. TY.. TY SYPIASZ SOBIE W NAJLEPSZE Z TYM CYMBAŁEM, KTÓRY PRZEZ 6 LAT NAUKI W HOGWARCIE KPIŁ SOBIE Z CIEBIE I WYZYWAŁ OD SZLAM?!
-To nie tak Ron..
Zasłaniam oczy rękami i pragnę uciec w tej chwili, jak najdalej stąd. Harry nie wypowiedział jeszcze ani słowa. Po prostu patrzy na mnie wzrokiem pełnym obrzydzenia. Wycieram łzy, które formują się powoli w kącikach oczu i prawie zrzucając z siebie Malfoya, na chwiejnych nogach podchodzę do osób, dla których zrobiłabym wszystko.
-Nawet się nie zbliżaj!
Ron postępuje krok do tyłu w ręku dzierżąc różdżkę, jakbym była dla niego wrogiem, czymś co musi zniszczyć.
-Harry...
Odwracam głowę w kierunku Wybrańca, chłopaka o złotym sercu i widzę, że próbuje, naprawdę próbuje zrozumieć sytuację, ale nie umie w żaden sposób sobie tego wytłumaczyć. Zresztą... Czy można wytłumaczyć to, w jakikolwiek inny sposób? Przecież mają rację!
-Błagam, wysłuchajcie mnie..
-Wiesz Hermiono, chyba powitanie, które nam zafundowałaś raczej nie wymaga komentarza. Bawcie się dalej. Na nas chyba pora Harry, prawda? Bo my w przeciwieństwie do ciebie, walczymy o każdy dzień.. Wypełniamy ostatnią wolę Dumbledore'a!
Błagam! Nie! Myślę, lecz z mych ust nie wydobywają się żadne słowa. Czuję pustkę.. Mam wrażenie, że grunt usuwa mi się spod nóg, a ja nie mogę w żaden sposób zareagować ani temu zapobiec.
-Upiłem ją.
Obok mnie staje Malfoy. Nawet w zwykłych bokserkach z dumnie wypiętą klatką piersiową , prezentuje się, jak prawdziwy arystokrata.
-Ona niczemu nie była winna. Poza tym, sam ją uprowadziłem. JA. Słyszycie? Ja to zrobiłem i związałem ją ze sobą zaklęciem. Koniec historii. Ta dam. Jeśli chcecie usłyszeć całość musicie się uspokoić. Bo nie zamierzam rozmawiać z szalonym psychopatą, umierającym z zazdrości, że to ja spałem z Granger. A nie ty Weasley. Mężczyzna od siedmiu boleści. To chyba upokarzające Weasley, prawda? Ty miałeś na to 6 lat, ja w zaledwie kilka nocy...
Nie kończy zdania, bo pięść Rona ląduje na jego szczęce. Malfoy prycha lekceważąco. Strużka krwi spływa mu po twarzy, a Ron cały czerwony na twarzy cedzi przez zaciśnięte zęby.
-Zamknij się w tej chwili Malfoy.
Widzę, jak ten drugi wyciąga różdżkę, więc szybkim krokiem staję między tą dwójką.
Ron spostrzegając moją rękę, którą położyłam na ramieniu Malofya wygląda , jakby został spoliczkowany. Cofam ją szybko, ale chłopak obdarowuje mnie pogardliwym spojrzeniem i zwraca się do Harry'ego.
-Ja chyba nie mam ochoty na słuchanie tych bzdur. Zresztą nie obchodzi mnie to. Tracimy tutaj tylko swój cenny czas Harry.
Harry posyła mi ostatnie rozpaczliwe spojrzenie i znikają. Tak po prostu. Stoję, jak wryta, nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą się wydarzyło. Powoli odwracam się w stronę Malofya i mówię cichym, spokojnym głosem.
-Odłącz mnie.
Chłopak zakłada ręce na klatkę piersiową i równie spokojnie mi odpowiada.
-Nie Granger. -MALFOY DO CHO#ERY! Nie obchodzi mnie ta twoja popieprzona misja i to wszystko. Poradzę sobie SAMA. Odłącz mnie. Po prostu mnie odłącz.. Rozumiesz?
Patrzę na niego niemal błagalnym wzrokiem, a kiedy widzę przebłysk czegoś na kształt rozczarowania (?) - nie rozumiem. Całkowicie go nie rozumiem.
-Wszystko psujesz! Odkąd się pojawiłeś na mojej drodze, wszystko zaczęło się walić!
Odwracam się na pięcie i opuszczam pokój trzaskając teatralnie drzwiami. Siadam na pierwszym schodku, prowadzącym na dół i po prostu czuję, że nie mam już żadnego celu, do którego mogłabym dążyć. Gdyby nie Malfoy.. Do ch#ery. Mam ochotę go roztrzaskać. Wracam, więc do pokoju i dziarskim krokiem kieruję się w jego stronę.
-Zapłacisz mi za to wszystko Malfoy.
-To nie ja błagałem wczoraj byś mnie całowała i byś ze mną spała. Sama sobie jesteś winna. Nie mój problem, że zadurzyłaś się we mnie i nie umiesz trzymać na wodzy swoich uczuć.
Malfoy obdarza mnie pogardliwym spojrzeniem i wymija lekceważąco.
-To nie jest przyjemność spędzać 24h na dobę z niewyżytą szlamą, która przy pierwszym lepszym spożyciu alkoholu rzuca się na mężczyznę.
Stoję, jak sparaliżowana. Moja szczęka opada do dołu, a ja nim dobrze zapadnę się w sobie zauważam jeszcze zamykające się drzwi i znikającą za nimi postać chłopaka. Coś ty sobie myślała dziewczyno?! No co?! Zostałaś teraz całkowicie sama - odzywa się cichy głosik w głowie. -Colloportus.
Mówię cicho, unosząc delikatnie różdżkę, po czym równie cicho dopowiadam.
-Silencio.
Teraz dopiero pozwalam sobie na uśpioną złość. Biorę wszystko co wpada mi w ręce i trzaskam przedmiotami po pokoju. Dzięki zapewnionej przed chwilą sobie prywatności, pozwalam sobie na dzikie krzyki frustracji. Biorę do ręki małe lusterko, z którego po chwili zostają jedynie małe odłamki szkła. Kiedy brakuje mi już tchu i siły oraz gdy już nie ma nic, co mogę zniszczyć, sztywno wdrapuję się na łóżko i przeklinam siebie, swoją głupotę i Malfoya. Moje uczucia są tak silne, że w tym momencie nie jestem w stanie ich kontrolować. Po chwili nie przebywam już w starym opuszczonym domku z Malfoyem, a mam wrażenie, że raczej jestem w rezydencji. Obserwuję wszystko z zainteresowaniem, ale również lekkim dreszczem strachu. Przed sobą zauważam klęczącego Malfoya seniora i moje serce na moment przestaje bić. Wtem z moich-nie moich ust wydobywa się cichy złowieszczy syk.
Mówię cicho, unosząc delikatnie różdżkę, po czym równie cicho dopowiadam.
-Silencio.
Teraz dopiero pozwalam sobie na uśpioną złość. Biorę wszystko co wpada mi w ręce i trzaskam przedmiotami po pokoju. Dzięki zapewnionej przed chwilą sobie prywatności, pozwalam sobie na dzikie krzyki frustracji. Biorę do ręki małe lusterko, z którego po chwili zostają jedynie małe odłamki szkła. Kiedy brakuje mi już tchu i siły oraz gdy już nie ma nic, co mogę zniszczyć, sztywno wdrapuję się na łóżko i przeklinam siebie, swoją głupotę i Malfoya. Moje uczucia są tak silne, że w tym momencie nie jestem w stanie ich kontrolować. Po chwili nie przebywam już w starym opuszczonym domku z Malfoyem, a mam wrażenie, że raczej jestem w rezydencji. Obserwuję wszystko z zainteresowaniem, ale również lekkim dreszczem strachu. Przed sobą zauważam klęczącego Malfoya seniora i moje serce na moment przestaje bić. Wtem z moich-nie moich ust wydobywa się cichy złowieszczy syk.
-Twój własny rodzony syn przeciwko mnie Lucjuszu.
Moja-Voldemorta ręka wysuwa się do przodu wraz z różdżką. Z kąta pokoju dobiega mnie cichy płacz. Nie mogę jednak zarejestrować osoby, która go z siebie wydaje, ponieważ jestem zmuszona patrzeć teraz w przestraszone oczy ojca Malfoya.
-Twój zdradziecki syn. Interesujące. Doprawdy. Ślizgon czystej krwi, a jakże głupi na umyśle. Każdy, kto walczy z Czarnym Panem prędzej czy później zginie! Wy głupcy!
Płacz kobiety nasila się, a rozjuszony Voldemort powoli odwraca się w jej kierunku i zimnym matowym głosem mówi tak cicho, jednocześnie tak donośnie, że mym ciałem wstrząsa dreszcz.
Płacz kobiety nasila się, a rozjuszony Voldemort powoli odwraca się w jej kierunku i zimnym matowym głosem mówi tak cicho, jednocześnie tak donośnie, że mym ciałem wstrząsa dreszcz.
-Cruciatus.
W końcu oczom moim pokazuje się kobieta z mężczyzną. Wstrzymuje oddech i nie wierzę własnym oczom. Kobieta zaciska przez moment zęby, lecz nie jest w stanie opierać się mocy i sile Czarnego Pana i po chwili z jej gardła wydobywa się przeraźliwy krzyk. Krzyk rozdzierający moje serce na miliony kawałeczków. Krzyk mojej matki... Czas na chwilę zatrzymuje się. Obraz rozmazuje mi się, a ja zamykam oczy z przeraźliwego bólu, który nagle obejmuje moją głowę. Pustka. Czuję pustkę. I wtedy znowu przez mój umysł przebija się głos Czarnego Pana.
-Możesz ich uwolnić Granger. Czas umyka... Możesz to zatrzymać. Przyjdź do mnie. Uratuj swoich rodziców... Chcesz żeby cierpieli bardziej? Chcesz skazać ich na śmierć?
Chwilową ciszę zakłóca teraz zimny, szorstki śmiech.
Chwilową ciszę zakłóca teraz zimny, szorstki śmiech.
Wypełnia moją głowę i dodaje głosem pozbawionym emocji.
-Musisz tylko oszołomić młodego Malfoya. W ten sposób przerwiesz więź. Masz 2 godziny. Tik tak. Obraz ponownie rozmazuje się.
Siedzę w salonie popijając kolejny kieliszek wódki. Przegiąłem? Być może. Nie obchodzi mnie to. Kur#a. Należało się jej. Jak może mnie o wszystko obwiniać? Najpierw prowokuje, a potem ma czelność się jeszcze czepiać? Mój otumaniony alkoholem umysł, nie od razu zrozumiał, że do pokoju weszła Granger'ówna.
-Kogo my tu mamy? Przyszłaś przeprosić za swoje niewłaściwe zachowanie?
Szydzę z niej. Tak, zdaję sobie z tego sprawę, że znów ją prowokuję, ale taki już jestem! JA - Draco Malfoy nie zamierzam zmieniać swojego sposobu myślenia i zachowania dla jakieś gryfońskiej szlamy!
-Drętwota.
Patrzę w stalowe tęczówki chłopaka i mimo wszystkich negatywnych uczuć, które do niego żywię po moim policzku spływa łza. Klękam przy nim i odgarniam mu włosy z czoła, by chwilę później aportować się do Malfoy Manor. Niepewna co robić stoję chwilkę jak słup soli i wpatruję się w ogromną posiadłość Malfoy'ów ogrodzoną przez bramę z kutego żelaza.
-Musisz przejść przez bramę - odzywa się ni stąd ni zowąd niezidentyfikowany głos w mojej głowie.
Tak więc postępuje. Jestem niczym dym. Po chwili idę już pewnym krokiem mijając ogród z fontannami i wędrującymi wokoło białymi pawiami. Staję przed ogromnymi czarnymi drzwiami, które nagle otwierają się szeroko, a przede mną staje Dołohow. Moje oczy rozszerzają się, a widząc to mężczyzna ukazuje rząd nierównych zębów i kłaniając się nisko mówi zachrypniętym głosem.
Tak więc postępuje. Jestem niczym dym. Po chwili idę już pewnym krokiem mijając ogród z fontannami i wędrującymi wokoło białymi pawiami. Staję przed ogromnymi czarnymi drzwiami, które nagle otwierają się szeroko, a przede mną staje Dołohow. Moje oczy rozszerzają się, a widząc to mężczyzna ukazuje rząd nierównych zębów i kłaniając się nisko mówi zachrypniętym głosem.
-Panna szlama. Zapraszamy.
Otwiera szerzej drzwi a kiedy przestępuje próg szybko je zamyka i popycha mnie brutalnie do przodu tak, że tracę równowagę i ląduje na posadzce z marmuru.
-Wstawaj. Czarny Pan nie będzie na ciebie czekał.
Celuje we mnie różdżką i mówi cicho.
-Expelliarmus.
Była i już jej nie ma. Obnażona z mojej jedynej broni idę sztywno za śmierciożercą. Nie okażę więcej swojego strachu. O nie. Mijam bogaty wystrój korytarza, gdzie na ścianie widnieją portrety rodziny Malfoy'ów. Wśród nich widzę młodego arystokratę, którego oszołomiłam zaledwie kilka minut temu. Wchodzę do ogromnego salonu. Pierwszą osobą, która rzuca mi się w oczy jest niewątpliwie Voldemort. Zauważając mnie uśmiecha się szeroko i wyciąga ręce, jakby chciał mnie przytulić.
-Panna Granger. Jak miło gościć cię w naszych skromnych progach.
Wybucha zimnym śmiechem, a wtóruje mu głośno, kobieta o czarnych kręconych włosach, na której widok włosy jeżą mi się na karku. Bellatrix Lestrange. Po chwili dołączają się inni.Wśród nich z przerażeniem poznaje Macnaira, który parę lat temu był w Hogwarcie i miał ściąć Hipogryfa. Moje serce przyspiesza, a ja połykam niepewnie ślinę. Tuż obok Voldemorta zauważam równie przerażoną osobę, co ja. Jest nią Glizdogon. Animag , który posiada umiejętność zamieniania się w szczura, a którego niegdyś posiadał Ron. Krzywię się w obrzydzeniu i skupiam, więc swój wzrok na powrót na Voldemorcie i wpatruję się w czarne szparki, które przypominają oczy węża.
-Gdzie są moi rodzice? Chcę, by mój głos brzmiał twardo i pewnie, jednak jest zachrypnięty od emocji i pod koniec załamuje się nieznacznie.
Pierwsza śmiechem wybucha Bellatrix.
-Czekają posłusznie na swoją śmierć. Może nie zdajesz sobie sprawy, ale przywróciliśmy im pamięć. Świetna zabawa. Doprawdy. Nasi goście przyjdą wtedy, kiedy Czarny Pan o tym zadecyduje. Przecież nie będzie mu rozkazywać
- tu odarowuje mnie pogardliwym spojrzeniem i mierzy od stóp do głów, postępując cały czas do przodu
- jakaś brudna szlama.
- tu odarowuje mnie pogardliwym spojrzeniem i mierzy od stóp do głów, postępując cały czas do przodu
- jakaś brudna szlama.
Różdżkę celuje w moją pierś i wybucha perlistym śmiechem, spluwając mi na nogi.
-Ależ droga panno Granger to dopiero początek zabawy.
Nagle, niczego się nie spodziewając słyszę matowy głos, mówiący.
-Cruciatus.
Moje ciało podnosi się niespodziewanie do góry. Czuję przeraźliwy ból palący, każdy mój mięsień i każdą moją kość z osobna. Ból rozrywa moje ciało na malutkie części, jakby ktoś kroił moje wnętrzności, by po chwili złożyć je w całość i powtórzyć całą operację. Gdzieś w oddali słyszę upiorny i rozdzierający krzyk. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że ów krzyk wychodzi z moich ust. Pragnę śmierci. Niczego, jeszcze tak bardzo nie pragnęłam. Zakończenia całego mojego życia w tej chwili. Tu i teraz. O ile wcześniej, rozrywano moje ciało, tak teraz czuję, jak cała się spalam. Po chwili, która trwa dla mnie niczym wieczność, w końcu padam na kolana.
-Czeka nas długa droga panno Granger. A ja nie mam dla ciebie wystarczająco dużo czasu..
Uśmiech Czarnego Pana jest bezlitosny i nie ma w nim ani iskierki radości. Padnięta odpływam w nicość...
*************************************
-Jak mogłeś do tego dopuścić?!
-No, byłem trochę pijany...
-BYŁEŚ PIJANY, TAK?!
-Przecież możesz jakoś temu zaradzić...
-Nie mogę Draco. Rozumiesz?! NIE MOGĘ. Nie mam żadnej koncepcji. Przykro mi, ale zniszczyłeś wszystko.
Patrzę w czarne oczy mojego mentora i nie mogę uwierzyć w prawdziwość słów, które przed chwilą padły. Po tym jak Granger mnie oszołomiła od razu wysłałem wiadomość do Snape, na którą odpowiedział w zatrważająco szybkim tempie. I oto stoi tu teraz i się nade mną pastwi. Wiem, że zawaliłem. Kur#a wiem! I teraz kompletnie nie wiem, co robić. Wyciągam papierosa z kieszeni i czekam na to, aż mój strach w końcu minie. Aż wróci błoga obojętność względem Granger. Jednak mijają chwile i tak się nie dzieje. Snape chodzi tam i z powrotem, a ja stoję oparty o framugę i przyglądam się mu, czekając na jakiś boski plan. Sam staram się wytężyć swoje szare komórki, ale w głowie mam jedynie czarną pustkę.
-Ona musi być już w Malfoy Manor.
Przez twoje zaniedbanie, Czarny Pan zmusił ją zapewne do ucieczki z bezpiecznego miejsca, by zwabić ją do siebie.
Jestem wkur#iony na siebie i swoją głupotę. Po chwili Snape podciąga rąbek szaty na ręce i mówi cichym szeptem.
-Wzywa mnie. Zaraz się, więc dowiem.
I znika. Znika, zostawiając mnie tu całkowicie samego...
-BYŁEŚ PIJANY, TAK?!
-Przecież możesz jakoś temu zaradzić...
-Nie mogę Draco. Rozumiesz?! NIE MOGĘ. Nie mam żadnej koncepcji. Przykro mi, ale zniszczyłeś wszystko.
Patrzę w czarne oczy mojego mentora i nie mogę uwierzyć w prawdziwość słów, które przed chwilą padły. Po tym jak Granger mnie oszołomiła od razu wysłałem wiadomość do Snape, na którą odpowiedział w zatrważająco szybkim tempie. I oto stoi tu teraz i się nade mną pastwi. Wiem, że zawaliłem. Kur#a wiem! I teraz kompletnie nie wiem, co robić. Wyciągam papierosa z kieszeni i czekam na to, aż mój strach w końcu minie. Aż wróci błoga obojętność względem Granger. Jednak mijają chwile i tak się nie dzieje. Snape chodzi tam i z powrotem, a ja stoję oparty o framugę i przyglądam się mu, czekając na jakiś boski plan. Sam staram się wytężyć swoje szare komórki, ale w głowie mam jedynie czarną pustkę.
-Ona musi być już w Malfoy Manor.
Przez twoje zaniedbanie, Czarny Pan zmusił ją zapewne do ucieczki z bezpiecznego miejsca, by zwabić ją do siebie.
Jestem wkur#iony na siebie i swoją głupotę. Po chwili Snape podciąga rąbek szaty na ręce i mówi cichym szeptem.
-Wzywa mnie. Zaraz się, więc dowiem.
I znika. Znika, zostawiając mnie tu całkowicie samego...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz